
— A czy kiedykolwiek miało to jakieś znaczenie?
— Nigdy, pani.
— Czas jest właściwy, Lankin. Kręgi się otwierają. Wkrótce zdołamy powrócić.
Drugi jeździec pochyla się nad końskim grzbietem.
— I będę mógł znowu polować? — pyta. — Kiedy? Kiedy?!
— Wkrótce — odpowiada Królowa. — Już wkrótce.
* * *
Noc była ciemna tą ciemnością, której nie da się wytłumaczyć zwykłą nieobecnością księżyca i gwiazd, ale ciemnością, która zdaje się napływać skądinąd — tak gęstą i dotykalną, że dałoby się niemal chwycić w rękę garść powietrza i wycisnąć z niego noc.
Taka ciemność skłania owce do przeskakiwania ogrodzeń, a psy do chowania się w budach.
Mimo to wiatr dmuchał ciepły, nie tyle silny, ile raczej głośny — wył po lasach i jęczał w kominach.
W taką noc zwykli ludzie naciągają kołdry na głowę, wyczuwając, że zdarzają się chwile, kiedy świat należy do kogoś innego. Rankiem znowu będzie ludzki. Owszem, zostaną połamane gałęzie, parę zerwanych dachówek… Ale ludzki. A teraz… lepiej się opatulić.
Jeden człowiek nie spał.
Jason Ogg, mistrz kowalski, raz czy dwa wcisnął miechy przy palenisku, raczej dla zasady niż z potrzeby, i usiadł na kowadle. W kuźni zawsze było ciepło, nawet jeśli wiatr świszczał pod okapami.
Jason Ogg potrafił podkuć wszystko. Kiedyś dla żartu przynieśli mu mrówkę, a on całą noc ze szkłem powiększającym przesiedział nad kowadłem zrobionym z główki szpilki. Mrówka wciąż gdzieś tu była — słyszał ją czasem, jak z tupotem przebiega po podłodze.
Ale dzisiaj… Dzisiaj miał w jakiś sposób zapłacić czynsz. Oczywiście, był właścicielem kuźni — przechodziła z ojca na syna od pokoleń. Ale kuźnia to coś więcej niż tylko cegły, zaprawa i żelazo. Nie wiedział, jak to nazwać, ale to istniało. Było jak różnica między mistrzem kowalskim a kimś, kto po prostu zarabia na życie, wyginając w skomplikowany sposób żelazo. I miało wiele wspólnego właśnie z żelazem. I jeszcze z tym, że ktoś może być bardzo dobry w swoim fachu. Tak jakby opłata.
