
Kiedyś, dawno temu, ojciec wziął go na stronę i wytłumaczył, co powinien robić w podobne noce.
Zdarzą się takie chwile, powiedział, takie chwile — a będziesz wiedział, kiedy się zdarzą, choć nikt cię nie uprzedzi — no więc zdarzą się takie chwile, kiedy ktoś przyjdzie podkuć konia. Przyjmij go uprzejmie. Podkuj konia. Nie pozwól myślom błądzić. I nawet nie próbuj myśleć o niczym oprócz podków.
Przez te lata Jason zdążył się przyzwyczaić.
Wiatr wzmógł się i gdzieś z zewnątrz dobiegł trzask przewracanego drzewa.
Zagrzechotał skobel.
Ktoś zapukał do drzwi — raz, drugi.
Jason Ogg sięgnął po opaskę i zawiązał sobie oczy. To bardzo ważne, tłumaczył mu ojciec. Pomaga się skupić. Otworzył drzwi.
— Dobry wieczór szanownemu panu — powiedział.
BURZLIWA NOC.
Zapach wilgotnej końskiej sierści. Stukot kopyta o kamienie.
— Herbata parzy się na palenisku, a nasza Dreen upiekła ciasteczka. Są w puszce z napisem „Pamiontka z Ankh-Morpork”.
DZIĘKUJĘ. U PANA, MAM NADZIEJĘ, WSZYSTKO DOBRZE, PANIE OGG?
— Tak, proszę szanownego pana. Przygotowałem już podkowy. Nie zatrzymam szanownego pana długo. Wiem, że szanowny pan jest… no, zajęty.
Usłyszał kroki zmierzające do starego kuchennego stołka zarezerwowanego dla klientów, a raczej dla właścicieli klientów.
Podkowy, narzędzia i hufnale ułożył na ławie przy kowadle. Wytarł ręce o fartuch. Nie lubił podkuwać na zimno, ale zajmował się kowalstwem, odkąd skończył dziesięć lat. Mógł to robić na ślepo. Sięgnął po raszplę i zabrał się do roboty.
Musiał zresztą przyznać, że był to najposłuszniejszy ze wszystkich koni, jakie w życiu spotkał. Szkoda, że nie mógł go obejrzeć. To na pewno piękny koń, taki koń…
Ojciec uprzedzał go: nie próbuj nawet rzucić okiem.
