
Swiatla byly wygaszone. Cienie, zrodzone z czerwonej poswiaty znad terrarium, plonely chorobliwym, goraczkowym blaskiem. Podszedl by spojrzec na swe królestwo, ciekaw, jak czarne radzily sobie z naprawa zamku. Szczeniak obrócil go w ruine.
Odbudowa postepowala calkiem sprawnie. Gdy Kress przez powiekszajace gogle przygladal sie pracy, jego wzrok zahaczyl o twarz na wiezy. Zdumiala go.
Odsunal sie, zamrugal, pociagnal potezny lyk wina i znów spojrzal.
Twarz, która widzial byla wciaz jego twarza. Ale zupelnie nieprawdziwa, wykrzywiona. Policzki byly spasione jak u wieprza, usmiech zmienil sie w zlosliwy grymas. Wygladal nieprawdopodobnie podle.
Zaniepokojony, zaczal okrazac pojemnik, by przyjrzec sie innym zamkom. Kazda z twarzy byla nieco rózna, ale wszystkie mialy zdecydowanie te sama wymowe.
Pomaranczowe pominely wszelkie szczególy, ale i tak rezultatem bylo oblicze potwora — pelne brutalnosci usta, bezduszne.
Czerwone obdarzyly go satanicznym, krzywym usmieszkiem.
W kacikach ust czailo sie cos dziwnego i nieprzyjemnego. Biale, jego faworyci, wyrzezbily okrutnego boga-pólglówka.
Z wsciekloscia cisnal szklanica z winem o sciane.
— Jak smialyscie — wysyczal resztka oddechu. — Przez tydzien nie dostaniecie nic do zarcia! Ja was naucze.
Przyszedl mu do glowy pomysl. Wybiegl z salonu, aby po chwili wrócic z zabytkowym zelaznym mieczem blisko metrowej dlugosci, o wciaz jeszcze ostrym sztychu. Usmiechnal sie, stanal tuz przy scianie pojemnika i odsunal pokrywe znad jednego rogu.
Siegnal w dól i dzgnal stojacy w tym rogu zamek bialych. Potem zaczal machac mieczem tam i z powrotem, rozwalajac mury, kruzganki, wieze. Gramolace sie piaseczniki zostaly zasypane piaskiem i kamieniami. Drobnym ruchem nadgarstka unicestwil bezczelna, uwlaczajaca karykature, w która piaseczniki zmienily jego twarz. Potem zawiesil miecz nad ciemna, prowadzaca ku komnacie mamki jama i opuscit go z cala sila. Uslyszal miekkie mlasniecie i poczul opór. Biale piaseczniki zadrzaly i upadly. Usatysfakcjonowany, wyciagnal miecz z powrotem.
