
Kress odskoczyl.
— Nie chcialem… — zaskomlil. — Ja chcialem tylko…
Krwawila, umierala, ale jakims cudem utrzymywala sie na nogach…
— Ty potworze — zdolala wycharczec pelnymi krwi ustami. Okrecila sie i ostatkiem sil rzucila na pojemnik. Nadwerezona sciana pekla i Cath m’Lane runela, przysypana lawina piasku, blota i odlamków plastyku.
Kress histerycznie, cieniutko zapiszczal i wskoczyl na kanape.
Z rumowiska na srodku podlogi zaczely wygrzebywac sie piaseczniki. Przechodzily po ciele Cath. Kilka z nich ruszylo na zwiad w poprzek dywanu. Za nimi poszly inne.
Kress patrzyl, jak formuje sie kolumna — zywy, falujacy prostokat. Idace w jej srodku piaseczniki cos niosly, cos oslizglego i bezksztaltnego, kawal pulsujacego, surowego miesa wielkosci ludzkiej glowy. Kolumna ruszyla naprzód, oddalajac sie od pojemnika.
Kress nie wytrzymal i uciekl.
Az do póznego popoludnia nie mógl zebrac dosc odwagi, by wrócic.
Uciekajac pobiegl do slizgacza i niemal chory ze strachu, polecial do najblizszego miasta, 1ezacego w odleglosci okolo 50 kilometrów. Tam wreszcie bezpieczny, wszedl do jakiejs malej restauracyjki, wypil kilka filizanek kawy zagryzajac tabletkami na kaca, zamówil dosc obfite sniadanie i stopniowo odzyskal równowage.
To byl straszliwy poranek, ale dramatyzowanie tego, co zaszlo, niczego nie zalatwialo. Zamówil jeszcze jedna kawe i z chlodnym racjonalizmem rozwazyl swoja sytuacje.
Cath m’Lane zginela z jego reki. Czy mógl o tym zameldowac, broniac sie, ze bylo to niezamierzone i przypadkowe? Raczej nie.
Ostatecznie przebil ja na wylot a poza tym tej policjantce powiedzial, zeby osobe, która wniosla zazalenie zostawila jemu. Musi pozbyc sie wszelkich obciazajacych dowodów. Mial nadzieje, ze m’Lane nie powiedziala nikomu dokad sie tego ranka wybiera.
Najprawdopodobniej nie powiedziala. Jego podarunek mógl do niej dotrzec nie wczesniej niz póznym wieczorem. Stwierdzila, ze cala noc plakala. Byla sama, gdy sie u niego zjawila. Bardzo dobrze; ma jedno cialo i jeden slizgacz, których sie bedzie musial pozbyc.
