
Zmierzchalo juz, gdy wrócil do domu. To mu pozwalalo na zrobienie przerwy. Rozwazal przez chwile mozliwosc powrotu do miasta i spedzenia tam nocy, jednak szybko z tego pomyslu zrezygnowal. Mial przed soba sporo pracy. Jeszcze nie byl bezpieczny.
Rozrzucil wokól domu trujace tabletki. Nikt nie bedzie tego uwazal za podejrzane. Kress zawsze mial problemy ze skalnikami. Gdy sie z tym uporal, odbezpieczyl kanister z trucizna i wrócil do domu.
Obszedl caly budynek, pokój po pokoju, wszedzie wlaczajac swiatla. Zatrzymal sie w salonie, by wrzucic piasek i okruchy plastyku z powrotem do rozbitego pojemnika. Tak jak sie obawial, wszystkie piaseczniki uciekly. Zamki byly skurczone i wykoslawione, rozmyte potopem, który na nie spuscil. To, co z nich zostalo wysychajac szybko sie rozpadalo.
Zmarszczyl brwi i szukal dalej, z kanistrem przyczepionym do ramion.
Na cialo Cath m’Lane natknal sie na dnie swej najglebszej piwnicy.
Lezalo rozciagniete u stóp stromych schodów, z konczynami powykrecanymi jakby od upadku. Jej skóra roila sie od bialych piaseczników. Gdy Kress przygladal sie tej scenie,cialo drgnelo, przesuwajac sie po zarosnietej brudem podlodze.
Zasmial sie i przekrecil regulator natezenia swiatla do maksimum. W przeciwleglym rogu, miedzy dwoma stojakami na wino, przycupnal niewielki, ziemny zamek z ciemna dziura u podstawy. Na scianie piwnicy Kress zauwazyl niewyrazny zarys swojej twarzy.
Cialo znów drgnelo, przesuwajac sie kilka centymetrów w strone zamku. Kress nagle wyobrazil sobie czekajaca niecierpliwie, glodna biala mamke. Bylaby moze w stanie zmiescic w swej gebie stope Cath, ale przeciez nic wiecej. To bylo zbyt absurdalne.
Znów sie zasmial i z palcem na zaworze, zamykajacym wylot weza, zaczal schodzic w dól. Piaseczniki — setki, poruszajace sie jak jeden — opuscily cialo i sformowaly linie obronne, pole bieli miedzy nim a mamka.
