
— Tak się tłumaczą, sir.
— Wnioskują, że była stara, na podstawie niekończącej się litanii wyrażeń typu „Laboga, moje biedne stopy” i tym podobnych.
— Z całą pewnością brzmienie sugeruje starszą osobę, sir — rzekł Vimes z nieruchomą twarzą.
— No właśnie. Dziwne jednak, że kilku z nich zauważyło, jak owa starsza dama odbiegała potem w boczną uliczkę, dość szybko. Nie zwróciłbym na to uwagi, oczywiście, gdyby nie fakt, iż ową damę zauważono jakoby podczas przechodzenia przez inną ulicę, bardzo powoli, w sporej odległości od poprzedniej. Tajemnicza sprawa, Vimes.
Vimes przesłonił dłonią oczy.
— To tajemnica, którą zamierzam bardzo szybko wyjaśnić, sir. Patrycjusz skinął głową i zapisał kilka słów na kartce. Kiedy odłożył ją na bok, odsłonił kartkę o wiele brudniejszą i wielokrotnie złożoną. Chwycił dwa noże do papieru, za ich pomocą bardzo ostrożnie rozłożył kartkę i przesunął po blacie w stronę Vimesa.
— Czy wie pan coś na ten temat?
Vimes spojrzał na wielkie, okrągłe, wyrysowane kredką litery:
„DrOGi Pane, Okrucistfo wobes BesDomyh PzuF w tym MIEScie to chańBA, CO rOBi StraSZ W tejSpraWie? PopdisAnO LyGa PszeCif OkrucistfU dla PzuF”.
— Nic zupełnie — zapewnił.
— Moi urzędnicy twierdzą, że prawie co noc podobny list wsuwany jest pod drzwi — rzekł Patrycjusz. — Jak rozumiem, nikogo nie zauważono.
— Mam to zbadać? Nie powinno być trudno znaleźć w mieście kogoś, kto ślini się przy pisaniu, a ortografię ma jeszcze gorszą niż Marchewa.
— Bardzo dziękuję, sir — wtrącił Marchewa.
— Żaden z gwardzistów nie zameldował, by cokolwiek zauważyli — powiedział Patrycjusz. — Czy jest w Ankh-Morpork jakaś grupa specjalnie zainteresowana dobrobytem psów?
— Wątpię, sir.
— Zatem zignoruję te listy pro tern — zdecydował Vetinari. Wilgotny list z plaśnięciem wylądował w koszu. — Przejdźmy do pilniejszych spraw. O czym to… Co pan wie na temat Bzyku?
