
Vimes wytrzeszczył oczy. Marchewa chrząknął dyskretnie.
— Rzeki czy miasta, sir? Patrycjusz się uśmiechnął.
— Wie pan, kapitanie, już dawno przestał mnie pan zaskakiwać. Chodziło mi o miasto.
— To jedno z większych miast w Uberwaldzie, sir — tłumaczył Marchewa. — Eksport: cenne metale, skóra, drewno i oczywiście tłuszcz z głębokich kopalni tłuszczu w Schmaltzbergu…
— Istnieje miasto o nazwie Bzyk? — spytał Vimes, wciąż zaskoczony tempem, w jakim dotarli tam od wilgotnego listu o psach.
— Ściśle mówiąc, sir, poprawna wymowa to raczej Bezik — odparł Marchewa.
— Mimo wszystko…
— A w Beziku, sir, „Morpork” brzmi tak samo jak ich określenie dla elementu damskiej bielizny — ciągnął Marchewa. — Kiedy się zastanowić, na świecie jest tylko skończona liczba sylab…
— Ale skąd ty o tym wiesz, Marchewa?
— Och, człowiek słyszy to i owo, sir. Tu i tam…
— Doprawdy? A który konkretnie element…
— Coś niezwykle ważnego zdarzy się tam za kilka tygodni — przerwał mu Vetinari. — Coś, muszę zaznaczyć, co będzie miało istotne znaczenie dla przyszłej pomyślności Ankh-Morpork.
— Koronacja dolnego króla — domyślił się Marchewa. Vimes spojrzał na niego, potem na Patrycjusza, potem znów na Marchewę.
— Czy jest jakiś biuletyn, który tu krąży, ale jakoś do mnie nie dotarł?
— Społeczność krasnoludów od miesięcy praktycznie o niczym innym nie mówi, sir.
— Naprawdę? — zdziwił się Vimes. — Chodzi o te zamieszki? Te conocne bójki w krasnoludzich barach?
— Kapitan Marchewa ma rację, Vimes. To będzie wielka uroczystość, w której wezmą udział przedstawiciele licznych rządów. Oraz rozmaitych księstw Uberwaldzkich, ponieważ dolny król włada tylko tymi częściami Uberwaldu, które znajdują się pod powierzchnią. Jego przychylność jest cenna. Bez wątpienia będzie tam Borogravia i Genoa, prawdopodobnie nawet Klatch.
