— No bo, sierżancie, rano pan mówił, coby zaklamrować każdy…

— Ale nie ten — przerwał mu Colon. — Zdejmijcie to natychmiast i nie będziemy już wracać do tej sprawy. Jasne?

Funkcjonariusz Czert doszedł najwyraźniej do wniosku, że nie płacą mu za myślenie — i dobrze, ponieważ sierżant Colon nie uważał, by w tym zakresie była to rozsądna inwestycja.

— Jak pan tak mówi, sierżancie…

— A kiedy się tym zajmiecie, ja i Cał utniemy sobie małą pogawędkę. Prawda, Cał?

— Zgadza się, Fred.

— To znaczy, mówię „pogawędka”, aleja będę głównie słuchał, a to z powodu tego, że będę miał pełne usta.


* * *

Śnieg zsuwał się z jodłowych gałęzi. Człowiek przecisnął się między nimi, przez chwilę stał nieruchomo, z trudem chwytając oddech, po czym szybkim truchtem ruszył przez polanę.

W dolinie rozległy się pierwsze dźwięki rogu. Miał zatem godzinę, jeśli można im wierzyć. Może nie uda mu się dotrzeć do wieży, ale były przecież inne rozwiązania.

Miał plany. Potrafi ich przechytrzyć. Trzymać się z dala od śniegu, ile tylko można, zawracać, korzystać ze strumieni… To możliwe, to już się udawało… Był tego pewien.

Kilka mil od niego smukłe ciała zanurzyły się między drzewa. Zaczęły się łowy…

Bardzo daleko od tego miejsca, w Ankh-Morpork, paliła się Gildia Błaznów.

Co stanowiło problem, ponieważ drużyna strażacka gildii składała się głównie z klaunów.

A to z kolei stanowiło problem, ponieważ jeśli pokazać klaunowi wiadro i drabinę, możliwa jest tylko jedna reakcja. Lata szkolenia biorą górę. Coś w czerwonym nosie przemawia do niego. Nie może się powstrzymać.

Sam Vimes ze Straży Miejskiej Ankh-Morpork oparł się o mur i oglądał przedstawienie.



6 из 329