
— Naprawdę musimy jeszcze raz złożyć u Patrycjusza wniosek o powołanie publicznej straży pożarnej — powiedział.
Po drugiej stronie ulicy klaun podniósł drabinę, odwrócił się, walnął drabiną klauna za sobą i wrzucił go do wiadra, odwrócił się znowu, żeby sprawdzić, co to za zamieszanie, i posłał swą podnoszącą się ofiarę z powrotem do wiadra, gdzie wpadła z dziwnym mlaskiem. Tłum patrzył w milczeniu — gdyby to było śmieszne, klauni by tego nie robili.
— Gildie są mocno przeciwne — odparł kapitan Marchewa Zelaznywładsson, jego zastępca. Klaunowi z drabiną wylano wodę z wiadra do spodni. — Mówią, że to by było wtargnięcie na prywatny teren.
Płomienie strzeliły z pokoju na pierwszym piętrze.
— Jeżeli pozwolimy, żeby się spaliła, będzie to poważny wstrząs dla rozrywki w tym mieście — oświadczył z przekonaniem Marchewa.
Vimes zerknął na niego z ukosa. To był prawdziwy Marchewowy komentarz. Brzmiał niewinnie jak demony, ale można było go zrozumieć całkiem inaczej…
— Rzeczywiście będzie — przyznał. — Mimo to lepiej chyba coś z tym zrobić. — Zrobił kilka kroków naprzód i uniósł dłonie do ust. — No dobra! Tu Straż Miejska! Uformować łańcuch! Brać wiadra!
— Auu… Musimy? — odezwał się któryś z gapiów.
— Owszem, musicie — zapewnił kapitan Marchewa. — Chodźcie wszyscy, jeśli ustawimy się w dwie linie, załatwimy sprawę raz-dwa. Co wy na to? Może być nawet zabawnie.
Ustawili się posłusznie, jak zauważył Vimes.
Marchewa każdego traktował tak, jakby był miłym i sympatycznym gościem. I w jakiś niewyjaśniony sposób ludzie nie mogli się oprzeć, by wykazywać mu, że się nie myli.
Ku powszechnemu rozczarowaniu ogień szybko został ugaszony — kiedy tylko rozbrojono klaunów i dobrzy ludzie odprowadzili ich na bok.
Marchewa powrócił, ocierając czoło, gdy Vimes zapalał cygaro.
— Zdaje się, że połykacz ognia miał kłopoty żołądkowe — wyjaśnił.
