
— Całkiem możliwe, że nigdy nam tego nie wybaczą — stwierdził Vimes, kiedy wrócili do patrolowania ulic. — No nie… Co teraz?
Marchewa spoglądał w górę, w kierunku najbliższej wieży semaforowej.
— Rozruchy przy Kablowej — poinformował. — Kod „Wszyscy funkcjonariusze”, sir.
Ruszyli biegiem. Człowiek zawsze biegł na „Wszystkich funkcjonariuszy”. Bo sam też mógł mieć kłopoty.
Kiedy zbliżali się do celu, zauważyli na ulicach więcej krasnoludów. Vimes rozpoznał charakterystyczne znaki: wszystkie krasnoludy miały skupione miny i szły w tym samym kierunku.
— Załatwione — stwierdził, kiedy skręcili za róg. — Od razu można poznać po nagłym zwiększeniu liczby podejrzanie przypadkowych przechodniów.
Cokolwiek się tutaj działo, była to sprawa poważna. Ulicę zaścielały rozmaite śmieci i całkiem sporo krasnoludów. Vimes zwolnił.
— Już trzeci raz w tym tygodniu — zauważył. — Co w nich wstąpiło?
— Trudno powiedzieć, sir — odparł Marchewa.
Vimes zerknął na niego z ukosa. Marchewa wychował się wśród krasnoludów. Poza tym, jeśli tylko mógł tego uniknąć, nigdy nie kłamał.
— To nie to samo co „nie wiem”, prawda? Kapitan był wyraźnie zakłopotany.
— Myślę, że to… no, jakby sprawa polityczna, sir. Vimes zauważył wbity w ścianę topór.
— Tak, rzeczywiście — mruknął.
Ktoś nadchodził ulicą — i był prawdopodobnie powodem, dla którego zamieszki ustały. Młodszy funkcjonariusz Bluejohn był chyba największym trollem, jakiego Vimes spotkał w życiu. Wyrastał… Nie wyróżniał się z tłumu, ponieważ sam był tłumem. Ludzie nie zauważali go, gdyż przesłaniał widok. I jak wiele potężnie zbudowanych osób, był instynktownie łagodny i dość nieśmiały, chętnie słuchał roz-kazów. Gdyby trafił do gangu, zostałby żołnierzem. W straży służył za tarczę podczas zamieszek. Inni strażnicy wyglądali zza niego.
— Wygląda na to, że wszystko się zaczęło w delikatesach u Świdry — stwierdził Vimes, kiedy dotarła reszta straży. — Weźcie od niego zeznanie.
