
— To nie jest dobry pomysł, sir — oświadczył stanowczo Marchewa. — On niczego nie widział.
— A skąd wiesz, że niczego nie widział? Nie pytałeś go.
— Wiem, sir. Niczego nie widział. Niczego też nie słyszał.
— Nawet kiedy demolował mu lokal i walczył na ulicy przed drzwiami?
— Tak jest, sir.
— Ach, rozumiem. Nikt nie jest tak głuchy jak ci, którzy nie chcą słyszeć. To chcesz mi powiedzieć?
— Coś w tym rodzaju, sir. Tak. Proszę posłuchać, sir, wszystko się skończyło. Nie sądzę, żeby ktoś był poważnie ranny. Tak będzie najlepiej, sir. Proszę…
— Czy to jedna z tych prywatnych spraw krasnoludów, kapitanie?
— Tak, sir…
— Ale jesteśmy w Ankh-Morpork, nie w jakiejś górskiej kopalni. Moim obowiązkiem jest dopilnowanie spokoju, a to mi nie wygląda na spokój. Co powiedzą ludzie na takie bójki uliczne?
— Powiedzą, że to kolejny dzień w życiu miasta, sir — odparł sztywno Marchewa.
— Tak, przypuszczam, że faktycznie tak powiedzą. Jednakże… — Vimes podniósł jęczącego krasnoluda. — Kto to zrobił? — zapytał groźnie. — Nie jestem w nastroju do słuchania wykrętów. Gadaj! Chcę znać nazwisko!
— Agi Młotokrad — wymamrotał krasnolud.
— Dobrze. — Vimes go puścił. — Zapiszcie to, Marchewa.
— Nie, sir — odparł Marchewa.
— Słucham?
— W mieście nie ma żadnego Agiego Młotokrada, sir.
— Znacie każdego krasnoluda?
— Znam ich wielu, sir. Ale Agiego Młotokrada można spotkać tylko w głębi kopalni, sir. To rodzaj złośliwego ducha, sir. Na przykład „Wsadź to tam, gdzie Agi węgiel trzyma” oznacza…
— Tak, mogę się domyślić — przerwał mu Vimes. — Sugerujesz, że ten krasnolud właśnie powiedział, że awanturę zaczęło leśne licho?
Krasnolud zniknął już za rogiem.
— Mniej więcej, sir. Przepraszam na moment. — Marchewa przeszedł na drugą stronę ulicy, wyjmując zza pasa dwie białe paletki, Wejdę tylko w linię widoczności wieży — wyjaśnił. — Lepiej posłać sekara.
