Stos rośnie. Tłum znosi telewizory i roboty domowe, przytoczono parę samochodowych wraków, chlusta benzyna z kanistrów. Kamera kierowana przez Levecque'a wędruje po placu. Na chodnikach gęstnieje tłum bardziej zaciekawiony niż przerażony. Tu i ówdzie widać rozbawione twarze. Kierunkowe mikrofony agentów rozstawionych w ciżbie wyłapują szepty i słowa przechodniów – “trick reklamowy",,,to lepsze niż wyprzedaż bubli", “wszystko jest ubezpieczone". Nieliczni mundurowi policjanci gapią się dość bezradnie. Prorok odrzuca megafon na sam szczyt stosu i bierze z rąk dziewczyny o aparycji praprawnuczki Isadory Duncan, mała wygląda najwyżej na piętnaście lat, pochodnię. Przypala. Muzyka przechodzi w nerwowe tremolo. Rzucona pochodnia leci jak kometa. Stos z cudami dwudziestego wieku staje w płomieniach. Synowie i córki Arkadii krzyczą, wyrzucając w górę ramiona, a potem rozbiegają się. Pękają witryny okolicznych sklepów. Zaparkowane samochody popychane przez dziesiątki rąk suną w stronę stosu. Profesor Levecque czuje biust małej pani Loosinhorn wbijający mu się w plecy.

– Okropne, okropne – trzeszczy mu przy uchu.

– To chyba wystarczy, szefie – Gelder spogląda na komisarza. Na pulpicie zapala się pomarańczowe światełko. Człowiek-Cytryna unosi słuchawkę i po paru sekundach odkłada ją bez słowa, potem odwraca się do Bonnarda.

– W porządku, ruszajcie.

Sytuacja na placyku zmienia się. Z bocznych uliczek wypadają postacie przypominające średniowiecznych wojowników. Tyle że ich tarcze wykonano z tworzyw sztucznych. Tnąc pałkami w prawo i lewo posuwają się w stronę fontanny, przy której przed chwilą znajdowała się zaimprowizowana trybuna proroka.

Tłum gapiów pierzcha. Ubrana na biało młodzież pozostaje. Śpiew wzmaga się. Brzmi wyraźnie, mimo burzy ognia rozlewającego się szeroko na placu. Płoną kałuże benzyny, eksplodują samochody. Tymczasem przy proroku pojawiło się dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach.



4 из 280