
— W takim razie — rzekł Moist von Lipwig — powierzam swą duszę dowolnemu bogu, który potrafi ją znaleźć.
— Ładne — uznał kat i pociągnął za dźwignię.
Albert Spangler umarł.
Wszyscy się zgodzili, że były to dobre ostatnie słowa.
* * *
— Ach, pan Lipwig — odezwał się daleki, lecz coraz bliższy głos. — Widzę, że jest pan przytomny. I nadal żywy, w chwili obecnej.
Lekki nacisk na ostatnią frazę zdradził Moistowi, że długość chwili obecnej jest całkowicie uzależniona od woli mówiącego.
Moist otworzył oczy. Siedział w fotelu. Przy biurku naprzeciwko niego, z dłońmi złożonymi refleksyjnie przed twarzą ze ściągniętymi wargami, siedział Havelock, lord Vetinari, pod którego idiosynkratycznie despotycznym panowaniem Ankh-Morpork stało się miastem, w którym — z jakiegoś powodu — wszyscy chcieli zamieszkać.
Pradawny zwierzęcy zmysł powiedział również Moistowi, że za jego wygodnym fotelem stoją ludzie, i że ów fotel może stać się całkiem niewygodny, gdyby Moist próbował jakichś gwałtownych ruchów. Ci ludzie jednak nie mogli być tak straszni, jak przyglądający mu się z uwagą chudy mężczyzna w czarnej szacie, z pedantycznie przystrzyżoną brodą i dłońmi pianisty.
— Opowiedzieć panu o aniołach, panie Lipwig? — zaproponował uprzejmie Patrycjusz. — Znam dwa interesujące fakty na ich temat.
Moist stęknął. Przed sobą nie widział żadnych realnych możliwości ucieczki, a obejrzenie się za siebie nie wchodziło w grę — okropnie bolała go szyja.
— O tak. Został pan powieszony — oświadczył Vetinari. — Wieszanie to bardzo ścisła nauka, a pan Trooper jest mistrzem. Śliskość i grubość powrozu, czy węzeł umieszczony jest tutaj, zamiast tam, związek między ciężarem a odległością… Och, jestem pewien, że ten człowiek mógłby napisać książkę.
