
— Nie, to nie są moje prawdziwe ostatnie słowa — powiedział. — Niech pomyślę…
Niewielka, urzędnicza postać wysiadała z powozu.
— Eee… Nie jest złą rzeczą to, co robię teraz… ehm…
Aha, teraz wszystko nabierało sensu. Vetinari postanowił go nastraszyć, to wszystko. To całkiem do niego podobne, sądząc z tego, co Moist o nim słyszał. A teraz nastąpi ułaskawienie!
— Ja… no bo… ja…
W dole urzędnik z trudem przeciskał się przez tłum.
— Czy mógłby pan się tak nie ociągać, panie Spangler? — odezwał się z wyrzutem kat. — Nie można przesadzać, prawda?
— Chcę, żeby dobrze zabrzmiały — odparł z godnością Moist, obserwując, jak niski człowiek próbuje okrążyć wielkiego trolla.
— No tak, proszę pana, ale są pewne granice — stwierdził kat, zirytowany tym naruszeniem etykiety. — W przeciwnym razie mógłby się pan tak zastanawiać, no… przez parę dni! Krótko i z wdziękiem, proszę pana, po tym się poznaje styl.
— Słusznie, słusznie — zgodził się Moist. — Eee… Ale widzisz tego człowieka na dole? Macha do ciebie.
Kat spojrzał w dół. Urzędnik zdołał wreszcie przedostać się do pierwszego rzędu.
— Przynoszę wiadomość od lorda Vetinariego! — zawołał.
— Właśnie — mruknął Moist.
— Mówi, żeby brać się do roboty, słońce już dawno wzeszło! — oznajmił urzędnik.
— Och…
Moist popatrzył na czarny powóz. Ten przeklęty Vetinari miał też poczucie humoru godne dozorcy.
— No dalej, panie Spangler, nie chce pan przecież, żebym miał kłopoty, prawda? — Kat poklepał go po ramieniu. — Tylko kilka słów, a potem możemy wracać do codziennego życia. Z wyjątkiem niektórych tu obecnych, naturalnie.
Czyli to koniec. W pewnym niezwykłym sensie niósł uwolnienie. Nie trzeba się więcej martwić o najgorsze, co może się zdarzyć, bo właśnie się zdarzyło i było już prawie załatwione. Dozorca miał rację. To, czego człowiek powinien w życiu dokonać, to przedostać się poza ananasa, tłumaczył sobie Moist. Ananas był duży, ostry i szorstki, ale pod spodem mogą czekać brzoskwinie… To był mit, dla którego można żyć — a zatem teraz całkowicie bezużyteczny.
