
— A jeśli wetkniecie mi miotłę w tyłek, to mogę jeszcze zamiatać podłogę — wtrącił ktoś.
Moist uświadomił sobie, że sam to powiedział. W mózgu miał chaos. Szokiem okazało się odkrycie, że tak właśnie wygląda tamten świat.
Lord Vetinari przyglądał mu się długo i z uwagą.
— Jeśli pan sobie życzy… — mruknął. Zwrócił się do stojącego obok urzędnika. — Drumknott, czy gosposia ma na tym piętrze komórkę ze sprzętem?
— Tak jest, wasza lordowska mość — zapewnił urzędnik. — Czy mam…?
— To był żart! — wybuchnął Moist.
— Och, przepraszam… Nie zrozumiałem. — Vetinari znów na niego spojrzał. — Proszę koniecznie uprzedzić, jeśli zechce pan rzucić kolejny. Będę wdzięczny.
— Proszę posłuchać, nie wiem, co się tu dzieje, ale zupełnie się nie znam na doręczaniu poczty!
— Panie Lipwig, dziś rano zupełnie się pan nie znał na byciu martwym, a jednak, gdyby nie moja interwencja, doskonale by pan sobie z tym poradził — przypomniał surowo lord Vetinari. — Z czego wynika, że człowiek nie wie, dopóki nie spróbuje.
— Ale kiedy mnie pan skazał…
Vetinari uniósł bladą dłoń.
— Och? — powiedział.
Mózg Moista, w końcu pojąwszy, że musi trochę popracować, wtrącił się i poprawił:
— No… kiedy pan skazał… Alberta Spanglera…
— Brawo. Proszę dalej.
— …mówił pan, że to urodzony przestępca, oszust z powołania, notoryczny kłamca, przewrotny geniusz i człowiek absolutnie niegodny zaufania.
— Czy przyjmuje pan moją propozycję, panie Lipwig? — spytał ostro Vetinari.
Moist spojrzał na niego.
— Przepraszam — rzekł, wstając. — Chcę tylko coś sprawdzić.
Za jego fotelem stało dwóch ludzi w czerni. Nie była to szczególnie elegancka czerń, raczej taka noszona przez ludzi, którzy nie chcą, żeby na ubraniu było widać drobne ślady. Wyglądali na urzędników, dopóki człowiek nie spojrzał im w oczy.
