
Odstąpili na bok, kiedy Moist ruszył w stronę drzwi, które istotnie — zgodnie z obietnicą — tam były. Otworzył je bardzo ostrożnie. Za nimi nie znalazł niczego, w tym również podłogi. Jak ktoś, kto chce wypróbować wszystkie możliwości, wyjął z kieszeni pozostałość po łyżce i upuścił ją. Minęła długa chwila, zanim usłyszał brzęk.
Wrócił i usiadł w fotelu.
— Perspektywa wolności? — zapytał.
— Właśnie — potwierdził Vetinari. — Zawsze jest wybór.
— To znaczy… mogłem wybrać pewną śmierć?
— Ale jednak wybór. Czy może alternatywa. Widzi pan, panie Lipwig, wierzę w wolność. Niewielu ludzi w nią wierzy, choć oczywiście wszyscy twierdzą, że tak. A żadna praktyczna definicja wolności nie byłaby zupełna bez wolności przyjmowania konsekwencji. W rzeczy samej, jest to wolność, na której opierają się wszystkie pozostałe. A więc… bierze pan tę posadę? Jestem pewien, że nikt pana nie rozpozna. Nikt nigdy pana nie rozpoznaje, mam wrażenie.
Moist wzruszył ramionami.
— Och, niech będzie. Oczywiście, przyjmuję ją jako urodzony przestępca, oszust z powołania, notoryczny kłamca i absolutnie niegodny zaufania przewrotny geniusz.
— Wspaniale! Witam w służbie państwowej! — Vetinari wyciągnął rękę. — Szczycę się tym, że potrafię dobierać ludzi. Pensja dwadzieścia dolarów tygodniowo; o ile pamiętam, naczelny poczmistrz ma prawo korzystać z niewielkiego mieszkania w budynku poczty. Chyba przysługuje mu też kapelusz. Oczekuję regularnych raportów. Do widzenia.
Schylił głowę nad papierami. Uniósł głowę.
— Wydaje się, że wciąż pan tu jest, naczelny poczmistrzu.
— To wszystko? — spytał osłupiały Moist. — W jednym momencie mnie wieszają, a w następnym mnie pan zatrudnia?
