— Niech pomyślę… Tak, chyba tak. Och, nie. Oczywiście. Drumknott, przekaż panu Lipwigowi klucze.

Urzędnik podszedł i wręczył Moistowi wielki zardzewiały pierścień pełen kluczy. Podsunął jakiś papier.

— Proszę tu popisać, naczelny poczmistrzu — poprosił.

Chwileczkę, pomyślał Moist. To przecież tylko jedno miasto. Ma bramy. Jest całkowicie otoczone innymi kierunkami ucieczki. Czy to ważne, co tutaj wpiszę? Nabazgrał swój podpis.

— Prawdziwym nazwiskiem, jeśli można — rzucił Vetinari, nie odrywając wzroku od papierów. — Jak się podpisał, Drumknott?

Urzędnik wyciągnął szyję.

— Ethel Snake, wasza lordowska mość, o ile dobrze odczytuję.

— Proszę się skoncentrować, panie Lipwig — powiedział znużony Vetinari, wciąż na pozór czytając dokumenty.

Moist podpisał jeszcze raz. W końcu jakie to ma znaczenie na dalszą metę? A jego meta z pewnością będzie bardzo daleko, zwłaszcza jeśli uda się zdobyć konia.

— To pozostawia jedynie kwestię pańskiego kuratora — dodał jeszcze lord Vetinari, nadal pochłonięty treścią leżącego przed nim dokumentu.

— Kuratora?

— Tak. Nie jestem zupełnie głupi, panie Lipwig. Za dziesięć minut spotka się z panem przed budynkiem Urzędu Pocztowego. Życzę miłego dnia.

Kiedy Moist wyszedł, Drumknott odchrząknął grzecznie.

— Czy wasza lordowska mość sądzi, że on się tam pojawi?

— Zawsze należy uwzględniać psychologię danego osobnika — odparł Vetinari, poprawiając ortografię oficjalnego raportu. — To właśnie robię przez cały czas, a ubolewam nad tym, że ty, Drumknott, wcale nie zawsze. I właśnie dlatego on wyszedł z twoim ołówkiem.


* * *

Zawsze poruszaj się szybko. Nigdy nie wiesz, co cię dogania.

Dziesięć minut później Moist von Lipwig był już daleko poza miastem. Kupił konia, co było nieco kłopotliwe, ale szybkość uznał za kluczową, a miał czas wyjąć pieniądze z jednego tylko awaryjnego tajnego schowka. Dostał za nie chudą chabetę w Boksie Promocji w Stajni Hobsona. Przynajmniej miał pewność, że żaden rozwścieczony obywatel nie pobiegnie do Straży Miejskiej.



14 из 357