
Nikt go nie zaczepiał. Nikt nawet nie spojrzał na niego po raz drugi; nigdy nikt nie spoglądał. Bramy miejskie były rzeczywiście szeroko otwarte. Równiny rozciągały się przed nim pełne możliwości. A on miał wielką wprawę w zamianie niczego w coś. Na przykład w pierwszym miasteczku, do którego dotrze, zabierze się do pracy nad tą starą szkapą, z użyciem kilku prostych metod i składników, które podwoją jej wartość, przynajmniej na jakieś dwadzieścia minut albo dopóki nie zacznie padać. Dwadzieścia minut to dość czasu, by sprzedać zwierzę i przy odrobinie szczęścia kupić lepsze, warte trochę więcej niż żądana cena. Powtórzy ten zabieg w następnym miasteczku, a po trzech dniach, może czterech, będzie miał konia wartego zatrzymania przy sobie.
Ale to tylko uboczne zajęcie, żeby ręce nie próżnowały. Miał też trzy prawie diamentowe pierścienie pod podszewką płaszcza, jeden prawdziwy w kieszonce w rękawie i wszytego sprytnie w kołnierz prawie złotego dolara. Były dla niego tym, czym dla cieśli piła i młotek. Choć prymitywne, narzędzia te pozwalały mu wrócić do gry.
Jest takie powiedzenie: „Nie da się oszukać uczciwego człowieka”. Często cytują je ci, którzy wygodnie żyją z oszukiwania uczciwych ludzi. Moist nigdy tego świadomie nie próbował. Oszukany uczciwy człowiek miał skłonność do biegania na skargę do lokalnej straży, a strażnicy ostatnio byli trudniejsi do kupienia. Oszukiwanie człowieka nieuczciwego było o wiele bezpieczniejsze i w pewnym sensie bardziej sportowe. No i oczywiście takich ludzi było o wiele więcej. Nie musiał nawet specjalnie szukać…
Pół godziny po przybyciu do miejscowości Hapley, skąd wielkie miasto widoczne było tylko jako kolumna dymu na horyzoncie, siedział ze smętną miną, mając jedynie autentyczny pierścień z brylantem, wart sto dolarów, oraz gwałtowną potrzebę dotarcia do Genoi, gdzie jego biedna matka konała na gzy.
