
Świat był cudownie wolny od ludzi uczciwych, a wspaniale pełen takich, którzy wierzą, że potrafią odróżnić człowieka uczciwego od oszusta.
Moist poklepał się po kieszeni surduta. Dozorcy odebrali mu mapę, naturalnie, prawdopodobnie wtedy, kiedy zajmował się byciem martwym. To była dobra mapa i studiując ją, pan Wilkinson i jego koledzy wiele się dowiedzą o szyfrowaniu, geografii i zdradzieckiej kartografii. Nie znajdą na niej lokalizacji około 150 tysięcy dolarów w rozmaitych walutach, ponieważ mapa była całkowitą i wyrafinowaną fikcją. Jednakże Moista ogarniało przyjemne ciepło na myśl o tym, że na pewien czas posiądą oni największy ze wszystkich skarbów, jakim jest Nadzieja. Jego zdaniem każdy, kto nie potrafi normalnie zapamiętać, gdzie ukrył takie wielkie skarby, zasługuje na ich utratę. Na razie jednak powinien trzymać się od nich z daleka, jednocześnie mając do czego dążyć…
Nie zadał sobie nawet trudu, żeby poznać nazwę następnego miasteczka. Miało gospodę, to mu wystarczało. Wynajął pokój z widokiem na pusty zaułek, sprawdził, czy okno łatwo się otwiera, zjadł porządną kolację i wcześnie położył się spać.
Całkiem nieźle, myślał. Rankiem stał na szafocie z prawdziwym stryczkiem na szyi, wieczorem wrócił do interesów. Teraz musi tylko znowu zapuścić brodę i przez sześć miesięcy trzymać się z daleka od Ankh-Morpork. A może wystarczą trzy.
