
Moist miał talent. Opanował też liczne umiejętności tak dogłębnie, że stały się jego drugą naturą. Nauczył się być sympatyczny, ale coś wynikającego z genów czyniło go niezapadającym w pamięć. Posiadł talent pozostawania niezauważonym, bycia twarzą w tłumie. Ludzie mieli kłopoty, kiedy próbowali go opisać. Był… „mniej więcej”. W wieku mniej więcej dwudziestu lat, a może mniej więcej trzydziestu. W raportach straży na całym kontynencie miał wzrost praktycznie dowolny, od… och, mniej więcej sześciu stóp i dwóch cali do mniej więcej pięciu stóp i dziewięciu cali, z włosami we wszystkich odcieniach od brązowych do blond, a brak znaków szczególnych obejmował całą twarz. Był mniej więcej… przeciętny. Ludzie zapamiętywali dodatki, takie jak wąsy czy okulary, więc zawsze nosił spory zbiór jednych i drugich. Pamiętali też nazwiska i manieryzmy — tych miał setki.
Och, pamiętali również, że byli bogatsi, zanim go spotkali.
O trzeciej w nocy rozpadły się drzwi. To był prawdziwy wybuch, aż drzazgi stuknęły o ściany. Ale Moist wyskoczył z łóżka i skakał już przez okno, zanim jeszcze pierwsza drzazga spadła na podłogę. Była to reakcja automatyczna, całkowicie niezależna od myśli. Poza tym wieczorem sprawdził, że na dole stoi kadź z deszczówką, która wyhamuje upadek.
Teraz jej tam nie było.
Ktokolwiek jednak ją ukradł, pozostawił nienaruszony grunt, na którym stała. A grunt pewnie wyhamował upadek. Przy tym Moist skręcił nogę w kostce.
Wstał z trudem i pojękując cicho z bólu, opierając się o ścianę, pokuśtykał uliczką. Stajnia gospody była na tyłach, musiał tylko wciągnąć się na konia, dowolnego konia…
— Panie Lipwig! — zahuczał potężny, bardzo potężny głos.
O bogowie, to troll… na pewno troll, i to wielki, trudno pojąć, skąd się taki wziął na równinach, poza wielkimi miastami…
