
Moist usiadł twarzą do ściany, chwycił oburącz żelazny pierścień, zaparł się nogami o kamienie po obu stronach… i pociągnął. Mięśnie karku zapiekły boleśnie, czerwona mgła przesłoniła wzrok, ale głaz wysunął się ze ściany z delikatnym i niezbyt odpowiednim brzękiem. Moist odtoczył go od otworu i zajrzał do środka.
Na drugim końcu tkwił następny kamienny blok, a zaprawa wokół niego wyglądała na podejrzanie mocną i świeżą.
Przed tym kamieniem leżała nowa łyżka. Błyszczała.
A kiedy się jej przyglądał, usłyszał za sobą klaskanie. Odwrócił głowę — ścięgna zagrały mu krótki riff agonii — i zobaczył kilku dozorców przyglądających mu się przez kraty.
— Brawo, panie Spangler! — pochwalił jeden z nich. — Ten tutaj Ron jest mi winien pięć dolarów! Mówiłem mu, że twardy gość z pana. To twardy gość, tak powiedziałem!
— Zaplanowaliście to, panie Wilkinson? — zapytał słabym głosem Moist, zerkając na błysk światła na łyżce.
— Och, nie, nie my, drogi panie. To rozkaz lorda Vetinariego. Uważa, że wszystkim skazańcom należy zaoferować perspektywę wolności.
— Wolności? Przecież w tej dziurze tkwi demonicznie wielki kamień!
— No tak, rzeczywiście tam tkwi, drogi panie. Trudno zaprzeczyć — przyznał dozorca. — Bo to tylko perspektywa, rozumie pan. Nie prawdziwa wolna wolność jako taka. Hm, to byłoby raczej głupie, prawda?
— Chyba tak, w rzeczy samej — zgodził się Moist. Nie dodał „wy sukinsyny”. Przez minione sześć tygodni dozorcy traktowali go uprzejmie, a poza tym wyznawał zasadę, by utrzymywać z ludźmi dobre stosunki.
I naprawdę świetnie sobie z tym radził. Zdolności interpersonalne były częścią jego umiejętności zawodowych; właściwie były praktycznie całym zawodem.
Poza tym ci ludzie mieli grube kije. Dlatego dodał bardzo ostrożnie:
— Niektórzy mogliby uznać, że to okrucieństwo, panie Wilkinson.
