Moist patrzył przed siebie, słuchając odczytywanego spisu swoich występków. Nie mógł się pozbyć wrażenia, że to straszna niesprawiedliwość. Nigdy przecież nawet nie puknął nikogo w głowę. Nawet drzwi nie wyłamał. Zdarzało się, że wytrychem otwierał zamki, ale zawsze je za sobą zamykał. A poza tym, że doprowadził do tych przejęć, bankructw i niewypłacalności, co tak naprawdę zrobił złego? Przesuwał tylko liczby…

— Niezły tłumek się zebrał — zauważył pan Trooper. Przerzucił powróz przez belkę i zajął się węzłami. — I sporo prasy. „Jaki Szafot?” oczywiście pisze o wszystkich egzekucjach, a tam jest „Puls” i „Herold Pseudopolis”, pewnie z powodu tego banku, co u nich upadł, a słyszałem też, że zjawił się ktoś z „Rynków Równin Sto”. Mają bardzo dobry dział finansowy, zawsze śledzę u nich ceny używanego powroza. Wygląda na to, proszę pana, że wielu ludzi chce pana zobaczyć martwego.

Moist zwrócił uwagę na czarny powóz, który zatrzymał się za grupą gapiów. Na drzwiach nie było herbu — chyba że ktoś znał pewien sekret lorda Vetinariego, ten mianowicie, że jego herbem była czarna tarcza. Czerń na czerni. Trzeba przyznać, że drań ma styl…

— Hę? — mruknął, czując szturchnięcie. — Co?

— Pytałem, czy chce pan wygłosić jakieś ostatnie słowa, panie Spangler — odparł kat. — Taki jest zwyczaj. Przygotował pan coś?

— Nie spodziewałem się śmierci — rzekł Moist.

To prawda. Nie spodziewał się aż do tej chwili. Był pewien, że coś się wydarzy.

— Niezła fraza, proszę pana — pochwalił Wilkinson. — Na tym skończymy, dobrze?

Moist zmrużył oczy. Zasłona w oknie powozu zakołysała się lekko. Drzwiczki się otworzyły. Nadzieja, ów najwspanialszy skarb, odważyła się błysnąć delikatnie.



8 из 357