
— Ale weekend mamy dla siebie? — zapytała.
Pociągnęła łyk Chardonnay o dymnym posmaku, żeby popić wspaniałą potrawę, którą miała w ustach.
— No to zastanówmy się, co będziemy robić.
Uśmiechnęła się lekko, i mimo wszystko był to jednak uśmiech.
* * *
— Mogę zobaczyć jakieś dokumenty, sir? Prawo jazdy?
Wstałem dziś o wiele za wcześnie na takie głupoty. Trzy godziny jazdy dzieliły jego dom w Georgia Piedmont od siedziby Dowództwa Sił Zbrojnych w Fort McPherson w Georgii. Tuż przy drodze krajowej 75-78 zielone trawniki i murowane konstrukcje skrywały całą masę strzeżonych budynków. Kierowano stąd działaniami wszystkich sił bojowych armii, więc zabezpieczenia musiały być znakomite. Media rzadko interesowały się tym obiektem. Gdyby duża ilość personelu wojskowego i cywilnego zgromadziła się nagle w Fort Myers w Wirginii albo w bazie lotnictwa wojskowego w Nellis, na pewno by to zauważono. Takie miejsca uważnie obserwowano, ale nie McPherson. Obiekt obsługiwało lotnisko Hartsfield, największe w Stanach Zjednoczonych, a ruch uliczny w Atlancie był na tyle duży, że o gromadzeniu się personelu wiedzieli tylko starannie dobrani żołnierze żandarmerii wojskowej.
— Dziękuję, sir — powiedział ponury strażnik, kiedy już wnikliwie przestudiował prawo jazdy i dokładnie porównał fotografię z twarzą Mike’a.
— Proszę jechać główną drogą aż do rozwidlenia. Potem w prawo. I dalej aż do siedziby Dowództwa; to szary, betonowy budynek z emblematem. Za głównym budynkiem po lewej stronie jest budka strażnika. Proszę tam pojechać i zastosować się do wskazówek żandarmerii.
— Dziękuję — powiedział Mike i wrzucił bieg, kiedy odebrał dokumenty.
— Nie ma za co — powiedział strażnik za odjeżdżającym pojazdem. — Życzę miłego dnia.
Komandos Delta Force w mundurze żandarmerii wojskowej podniósł słuchawkę telefonu służbowego.
