
— Wyjeżdżasz już dzisiaj?
Wzięła talerz i popatrzyła na kurczaka tak samo podejrzliwie jak przedtem na wino. Odrobina alkoholu i węglowodanów, żeby uspokoić histeryczną żoneczkę. Niestety właśnie tak się zachowywała. Mike doskonale znał jej gwałtowne reakcje na samą wzmiankę o wojsku i starał się je złagodzić. Bardzo się starał.
— Nie, muszę być w McPherson dopiero w poniedziałek rano. Jadę tylko do McPherson. To nie jest po drugiej stronie Księżyca.
Wziął szmatkę i starł nie istniejącą plamę z szarego blatu stołu. Widział światło na końcu tunelu, ale kiedy Sharon była na wojennej ścieżce, równie dobrze mógł to być nadjeżdżający pociąg.
— Nie, ale jeśli myślisz, że zabiorę dzieciaki do południowej Atlanty, to chyba zwariowałeś — odpowiedziała, świadoma, że traci grunt pod nogami.
Wiedziała, że to ostateczny argument, i zastanawiała się, co by się stało, gdyby zmusiła Mike’a do wyboru między nią a wojskiem. Myślała o tym wcześniej już kilkakrotnie, ale nigdy nie doszło do takiej rozmowy. Teraz bała się zapytać. Tak naprawdę złościło ją to, że wiedziała, iż nie ma racji. Jej własne doświadczenia zraziły ją do kariery wojskowej, ale nie do poczucia obowiązku wobec ojczyzny. Teraz zaczęła się zastanawiać, jak sama zareagowałaby na podobną sytuację.
— Hej, może mam tylko kogoś zastąpić. I to na krótko — powiedział Mike, wzruszając ramionami.
Podrapał się w podbródek. Od rana jego twarz zdążyła się już pokryć warstwą ciemnego, gęstego zarostu.
— Sam w to nie wierzysz — odparła.
— Nie, nie wierzę — potwierdził ponuro.
— Dlaczego?
Usiadła przy stole kuchennym i odkroiła kęs kurczaka. Był wspaniale przyrządzony, jak zawsze wyśmienity. Ale w jej ustach smakował dzisiaj jak piasek.
— Cóż… powiedzmy, że to przeczucie.
Mike zabrał się do nakładania na talerz swojej porcji posiłku. Spodziewał się, że w najbliższej przyszłości w jego diecie zabraknie poulet avec herb.
