
* * *
Grudzień 1989. Pogoda odpowiadała standardom zimy w Północnej Karolinie. Deszcz padał ponuro, a niebo nad Fort Bragg, siedzibą wojsk powietrznodesantowych, zasnuwały ciężkie gradowe chmury. Pomimo pogody podpułkownik Horner był zadowolony ze swojej pierwszej akcji treningowej w terenie jako dowódca batalionu.
Jednostki, które on i jego starszy sierżant niemiłosiernie męczyli przez trzy długie miesiące, spisały się niezawodnie w trudnym terenie. Jeszcze rok wcześniej, pod innym dowództwem, oblały ten sam Test Gotowości Bojowej i Program Oceny. Pomimo deszczu Bóg najwyraźniej był jednak w niebie i świat kręcił się aż do chwili, gdy nagle w jeepie pękła opona.
Jeep wyposażony był zawsze w koło zapasowe. Zwisał z niego plecak kierowcy, zawierający niezbędne w takiej sytuacji narzędzia. Ale kiedy kierowca przyznał się, że tym razem nie zapakował tych narzędzi, podpułkownik Horner uśmiechnął się. To był bardzo rosyjski uśmiech. Nie sięgał oczu.
— Nie ma narzędzi? — zapytał groźnie pułkownik.
— Nie, sir.
Specjalista przełknął, a jego pokaźne jabłko Adama przesunęło się w górę i w dół.
— Nie ma podnośnika?
— Nie, sir.
— Starszy sierżancie? — rzucił pułkownik.
Sierżant, zapięty w gortexowy płaszcz przeciwdeszczowy, próbował dostrzec w całej sytuacji coś zabawnego.
— Mam go odprowadzić na kwaterę, sir? — zapytał i wsunął ręce pod pachy, przygotowany na długie oczekiwanie w marznącym deszczu.
Miał cholerną nadzieję, że spadnie śnieg. Zmniejszyłoby to ryzyko hipotermii.
— Właściwie byłbym wdzięczny za jakieś sugestie — powiedział pułkownik z tą samą nutą groźby w głosie.
