
— Reynolds!
Pułkownik powstrzymał się od dalszego ciągu wypowiedzi. Skręcenie karku idiocie niczego by nie rozwiązało.
Złościło go poczucie niedopatrzenia, bo nie zajął się sam tą sprawą przed akcją.
— Tak, sir?
— Twoja bezmyślność zasługuje niemal na uznanie.
Horner spojrzał w niebo, jakby szukał tam wsparcia.
— Tak jest, sir.
— Powinienem opisać to w aktach i dopilnować, żebyś już zawsze był kierowcą — powiedział pułkownik.
— Tak jest, sir.
— To nie jest komplement — powiedział oficer i uśmiechnął się jak tygrys.
— Tak jest, sir.
Reynolds wiedział, że kiedy pułkownik uśmiecha się w ten sposób, siedzi się po uszy w szambie. No, skauci, pomyślał, wybieram się do was.
— Starszy sierżancie Eady?
— Oddziały Alfa.
Kiedy toczyła się rozmowa, starszy sierżant zdążył wyciągnąć i przejrzeć plan dyslokacji taktycznej. Marznący deszcz coraz większymi kroplami padał na foliową powłokę mapy i od czasu do czasu trzeba było strząsać nagromadzoną wodę. Wyglądało na to, że wieczorem spadnie śnieg. Sierżant chciałby być już wtedy w Centrum Operacji Taktycznych i przebrać się w wygodne ubranie.
— Gdzie? — rzucił pułkownik i podszedł do jeepa.
— Na południe od najbliższej poręby, która powinna być jakieś dwieście metrów na lewo, za zakrętem, potem jeszcze jakieś sto pięćdziesiąt, dwieście metrów. Polana na prawo. O ile pamiętam, przy drodze na skraju polany rośnie trafiona piorunem sosna.
Podoficer jeździł po tych drogach jeszcze zanim specjalista nauczył się jeść bez pomocy mamusi.
— Reynolds — warknął pułkownik, wskoczył do otwartego jeepa i oparł stopę na zabłoconym boku.
— Sir?
— Zakładam, że potrafisz przebiec czterysta metrów w oporządzeniu.
Pułkownik przybrał tę samą pozycję, co starszy sierżant z tyłu. Włożył ręce w rękawiczkach pod pachy i lekko się skulił. Była to pozycja doświadczonego i zdrowo wkurzonego oficera piechoty, przygotowanego na długie oczekiwanie w zimnym, marznącym deszczu.
