
— Tak jest, sir!
Specjalista stanął na baczność, szczęśliwy, że będzie miał gdzie umknąć przed lodowatym wzrokiem swojego dowódcy.
— Jazda.
Zmieszany specjalista pobiegł jak gazela. Zimne błoto z każdym krokiem rozbryzgiwało się na wszystkie strony.
— Sierżancie — powiedział spokojnie pułkownik, kiedy postać żołnierza zniknęła za pierwszym zakrętem.
— Tak, sir! — powiedział Eady i wyprostował się w fotelu, ale nie wyjął rąk spod pach.
— Sarkazm? — zapytał surowo pułkownik.
— Sarkazm? U mnie, sir? Nigdy — powiedział i odchylił się do tyłu.
Wyciągnął przed siebie prawą rękę z wysuniętym kciukiem i palcem wskazującym. Zmieściłoby się między nimi ziarnko grochu.
— Może tylko troszeczkę. Odrobinkę.
— Zastanawiam się, czy nie znaleźć nowego kierowcy… — powiedział pułkownik i rozluźnił się nieco.
Cała ta sytuacja była po prostu głupia i zbyt mało istotna, żeby się nią przejmować.
— Doprawdy? — zaśmiał się starszy sierżant.
— Chodzi nie tyle o to, że jest tak cholernie głupi — ciągnął zrezygnowany pułkownik z lekkim uśmiechem. — Tylko o to, że albo jest arogancki, albo strasznie przymilny.
— Cóż, pułkowniku — powiedział podoficer, zdjął kevlarowy hełm i podrapał się w głowę.
Zimny wiatr zdmuchnął z niej łupież. Zadbawszy w ten sposób o podstawową higienę osobistą, sierżant założył hełm na głowę i zajął się dopinaniem wszystkich pasków. Pasek na podbródku był przetłuszczony; zużyty materiał przesiąkł potem podczas długich operacji polowych.
— Jeśli chodzi o to, że jest małym lizusem, to głównie dlatego dostał tę pracę. Poza tym cholernie dobry z niego biegacz. Pułkownik Wasserman uwielbiał biegaczy.
