
— Specjalista, hm, O’Neal, dowódca jednej z sekcji moździerzy — szepnął starszy sierżant, kiedy żołnierze się zbliżyli. Wysiadł z jeepa, a pułkownik zrobił to samo, przygotowany do udzielenia ochrzanu prawdziwie w swoim stylu.
— Sir — Reynolds brnął w beznadziejną sytuację — kiedy dotarłem do plutonu, dowiedziałem się, że wszystkie pojazdy odstawiono właśnie do tankowania…
Tymczasem O’Neal podszedł do tyłu jeepa bez słowa powitania. Puścił pień, zdjął plecak i chwycił za zderzak.
Przykucnął, naprężył się i wypuszczając powietrze z płuc uniósł róg półtonowego jeepa.
— Tak, poradzimy sobie — stęknął i opuścił jeepa z powrotem w błoto.
Pojazd zakołysał się na amortyzatorach i jeszcze bardziej zachlapał Reynoldsa zimną, kleistą gliną. Zachowanie O’Neala skutecznie odwróciło uwagę pozostałych żołnierzy od Reynoldsa.
— Dzień dobry, starszy sierżancie — powiedział O’Neal.
Nie zasalutował. Pomimo konkretnych rozkazów dywizyjnych, które nakazywały tak robić, osiemdziesiąta druga dywizja tradycyjnie uznawała salutowanie na polu walki za kuszenie snajperów — a zatem za rzecz nazbyt złą, by przyzwyczajać do niej żołnierzy.
Starszy sierżant wyciągnął rękę na powitanie.
— Siemanko, O’Neal.
Zdziwiła go siła uścisku. Miał już do czynienia z O’Nealem, ale nigdy jeszcze nie przekonał się o jego niesamowitej kondycji fizycznej. Luźny ubiór skrywał ciało, które było najwyraźniej jednym wielkim muskułem.
