
W dali dał się słyszeć szum kolumny samochodów wojskowych. Przewodnik jadący w jeepie na przedzie podniósł rękę i cała kolumna się zatrzymała. Z jeepa wysiadł oficer. Po liczbie gwiazdek na ramionach Mikehill poznał, że ma przed sobą generała.
— Zabierzcie to i oczyśćcie przejazd — powiedział generał do żołnierzy.
Był wysoki i szczupły. W ogorzałej twarzy chłodno błyszczały oczy.
— Nie możemy tego usunąć. — Mikehill opowiedział o wydarzeniach z poprzednich dni.
— Ale to koniecznie trzeba usunąć — generał podszedł bliżej i z uwagą przyglądał się pijawce.
— Mówi pan, że łomem nie da się jej zepchnąć? I ogień też się jej nie ima?
— Fakt. — Mikehill uśmiechnął się lekko.
— Szofer! — rzucił generał przez ramię — proszę przejechać po tym.
Mikehill chciał się wmieszać, ale dał spokój, generalskie mózgi to delikatna sprawa.
Jeep wyrwał do przodu podskakując na dziesięciocentymetrowej krawędzi pijawki. W środku samochód zatrzymał się nagle.
— Nie rozkazałem hamować! — huknął generał. — Nie hamowałem — zaprotestował szofer. Jeep jeszcze drgnął w miejscu i stanął na dobre.
— Przepraszam — powiedział Mikehill — ale topią się opony.
Generał spojrzał i jego ręka automatycznie sięgnęła po pistolet. Potem ryknął:
— Uciekaj! Wyskakuj! Nie dotykaj tego świństwa! Twarz szofera zbielała. Szybko wspiął się na samochód i szczęśliwie zeskoczył na ziemię.
W zupełnej ciszy wszyscy patrzyli na jeepa. Najpierw stopiły się opony, potem błotniki, karoseria…
Na końcu powoli zniknęła antena. Generał cicho zaklął i rozkazał szoferowi:
— Idź do kolumny i wracaj z granatami i dynamitem.
Teraz jakby się zbudziła. Całe ciało domagało się pożywienia, coraz więcej i więcej. Rosła. Każdy przedmiot, który pojawiał się na jej powierzchni, stawał się jej zdobyczą.
