Równie niespodziewanie ciężar zniknął.

Wciąż spadali.

Silniki na rufie zajęczały, przełączniki zaterkotały. Bez skutku. Mężczyźni patrzyli na siebie bez ruchu przez tę niezmierzoną chwilę, podczas której statek spadał.

Opadając obrócił się i uderzył pod kątem. Dla Ja-sona koniec nadszedł wszechogarniającą falą grzmotu, wstrząsu i bólu. Gwałtowne szarpnięcie rzuciło go na pasy bezpieczeństwa, zerwał je bezwładną masą swego ciała i przeleciał przez całą długość sterówki. Ostatnią świadomą myślą Jasona było: “osłonić głowę!”. Właśnie unosił ramiona, gdy uderzył w ścianę.

Chłód był tak przejmujący, że aż bolesny. Był to chłód, który przeszywa ciało, zanim je obezwładni i zabije.

Jason ocknął się, słysząc swój własny, ochrypły krzyk. Zimno wypełniało cały wszechświat. To zimna woda, uzmysłowił sobie, wykrztuszając ją z ust i nosa. Coś go opasywało. Z wysiłkiem rozpoznał, że jest to ramię Mikaha, który płynąc utrzymywał twarz Jasona nad powierzchnią wody. Oddalająca się czarna plama na wodzie mogła być tylko ich statkiem, tonącym przy akompaniamencie bulgotania i zgrzytów. Zimna woda już nie sprawiała bólu i Jason właśnie zaczął się rozluźniać, gdy poczuł pod stopami coś twardego.

— Stań i idź, niech cię… — wyjęczał Mikah ochrypłym głosem. — Nie mogę… cię nieść… sam ledwo idę…

Wyczołgali się z wody ramię przy ramieniu, jak dwa czworonożne, pełzające zwierzaki, które nie mogą stanąć wyprostowane. Wszystko było jakieś nierealne i Jason z trudem mógł zebrać myśli. Nie powinien się zatrzymywać, był tego pewien, ale co poza tym?

W ciemności zamigotał trzepoczący płomień. Zbliżał się do nich. Jason nie mógł mówić, ale słyszał jak Mikah wzywa pomocy. Światło zbliżało się, było to coś w rodzaju trzymanej wysoko pochodni czy łuczywa. Gdy płomień był już blisko, Mikah wstał.



20 из 177