
— Są inni piloci. Sama ich przecież wyszkoliłaś. Jeśli zostaniesz, będę musiał poszukać innej.
— Zabiję ją, jeśli to zrobisz! Dobrze, będę pilotować twój statek.
Jason uśmiechnął się i posłał jej całusa. Udała, że tego nie widzi.
— To już coś — stwierdził. — Brucco zostaje i sądzę, że Rhes również, by nadzorować osiedlanie się Pyrrusan z miasta między jego ludzi.
— Mylisz się. Teraz osiedlaniem kieruje komitet i wszystko idzie tak gładko, jak tylko można by było sobie życzyć. Nie mam zamiaru przez resztę życia tutaj zostać… jak to się nazywało?… jako karczownik. Ta nowa planeta wygląda interesująco i mam wielką ochotę na eksperyment.
— To najlepsza wiadomość, jaką dziś usłyszałem. A teraz wróćmy do faktów. Statek wyląduje tu za około dwa tygodnie, więc jeśli teraz wszystko dogramy, to powinniśmy być gotowi i wystartować wkrótce po jego przybyciu, Napiszę, by dla dobra sprawy zabrano jak najwięcej ładunku, a wy zajmijcie się resztą. Zwerbujcie ochotników. W mieście zostało około dwadzieścia tysięcy ludzi, ale na statku nie zmieścimy więcej niż dwa tysiące. To stary, wysłużony wojskowy transportowiec. Pochodzi z demobilu z czasów wojen na obwodzie. Nazywa się „Waleczny”. Wybierzemy najlepszych, założymy osadę i wrócimy po resztę. Do roboty!
— Stu sześćdziesięciu ośmiu ochotników, łącznie z Grifem — dziewięcioletnim chłopcem! Z tylu tysięcy! To po prostu niemożliwe! — Jason był załamany, choć nikt z pozostałych nie wyglądał na szczególnie zadziwionego.
— Na Pyrrusie — owszem — stwierdził Kerk.
— Tak, na Pyrrusie i tylko na Pyrrusie — odrzekł cierpko Jason. — Jeśli chodzi o niespotykany refleks i zadziwiającą głupotę, to rzeczywiście ta planeta bije wszelkie rekordy. „Tu się urodziłem. Tu zostanę. Tu umrę.” Uff. — Odwrócił się z palcem wycelowanym w Kerka. — Dobrze, nie będziemy się teraz o nich martwić. Ocalimy ich nie pytając o zgodę. Zabierzemy na Felicity tych 168 ochotników, oczyścimy z grubsza planetę i otworzymy kopalnię. Potem wrócimy po resztę. Tak właśnie zrobimy.
