
— Moździerze, ognia! — krzyknął wściekle komandor. — Wykończyć ich!
Jego głos utonął w huku pierwszej salwy. Kontynuowali obstrzał, aż kłęby dymu i kurzu przesłoniły widok. Grzmot kanonady rozlegał się niczym burza. Nie wiedzieli, że pierwsza szarża stanowiła jedynie manewr taktyczny, podczas gdy główne uderzenie nastąpiło z przeciwnej strony. Dopiero gdy napastnicy znaleźli się pomiędzy nimi, zrozumieli, co się stało.
— Zamknąć włazy — krzyknął ze sterowni pilot dyżurny, waląc w przełączniki zamykające śluzę. Z tej, na razie bezpiecznej wysokości, widział fale napastników zalewające obóz, a wiedział, jak ślamazarnie przesuwają się przekładnie ciężkich drzwi zewnętrznych. Odruchowo przytrzymywał wciśnięte już przyciski.
Wierzchowce atakujących, mimo że oślepione falą światła, przetoczyły się przez elektryczne ogrodzenie. Pierwsze z nich ginęły porażone prądem, ale następne, wspinając się na ich ciała, bezpiecznie pokonały przeszkodę.
Ginęli i jeźdźcy, ale jak się okazało, nie miało to większego znaczenia, bo podobnie jak ich zwierzęta, zastępowani byli kolejnymi szeregami wojowników. Opanowali obozowisko i roznieśli je w pył.
— Tu drugi oficer Weiks — powiedział pilot, włączając na statku wszystkie głośniki. — Czy jest na pokładzie ktoś starszy ode mnie stopniem?
Wsłuchiwał się w narastającą ciszę, a kiedy się znów odezwał, głos miał zduszony i niewyraźny.
— Zgłaszać się po kolei. Oficerowie i załoga. Sparks, notujcie.
Zwolna, niepewnie, jeden po drugim zaczęli się odzywać. W tym czasie Weiks uruchomił zewnętrzne skanery. Na dole ujrzał piekło.
— Siedemnastu, to wszyscy? — z niedowierzaniem wykrztusił radiooperator, zasłaniając dłonią mikrofon. Podał listę drugiemu oficerowi, który spojrzał na nią ponuro, po czym wolno sięgnął po mikrofon.
— Tu mostek — powiedział. — Przejmuję dowodzenie. Przygotować silniki.
— Nie spróbujemy im pomóc? — jakiś głos przerwał ciszę. Nie możemy ich przecież tak zostawić!
