
— Nie mamy już komu — odrzekł wolno Weiks. — Sprawdziłem na wszystkich monitorach. Poza tymi bestiami, niczego więcej nie widać. Nawet jeśli ktoś ocalał, nie sądzę byśmy mogli mu pomóc. Opuszczenie statku to teraz samobójstwo. Poza tym mamy minimum załogi. Nikogo nie może już zabraknąć.
Kadłub drgnął, jakby chciał potwierdzić jego słowa.
— Jeden ekran nie działa — zameldował radiooperator. — O, teraz drugi. Czymś w nie rzucają. Przywiązują liny do dźwigarów. Czy… czy mogą nas przewrócić?
— W ciągu 65 sekund powinny odpalić silniki — rzucił Weiks.
— Ależ one spalą nam odrzutowce, wszystko i wszystkich tam na dole — jęknął Sparks.
— Nasi już tego nie poczują — stwierdził gorzko pilot — a tamci… Jakoś ich nie żałuję.
Statek, plując ogniem, uniósł się w górę. W dole pozostały jedynie kłęby dymu i krąg zwęglonych trupów, ale gdy tylko ziemia nieco ostygła, jeźdźcy wdarli się tam znowu. Z ciemności napływało ich coraz więcej i więcej. Szeregi zdawały się nie mieć końca.
Rozdział II
— To głupie, dać się piłoptakowi — gderał Brucco, pomagając Jasonowi dinAlt zdjąć metalizowaną kamizelkę.
— To głupie, żeby próbować zjeść spokojnie obiad na tej planecie. — Jason szarpnął się do tyłu, czując ostry ból w boku. — Właśnie podsunięto mi talerz i miałem zamiar uraczyć się zupą, gdy musiałem strzelać!
— To tylko było powierzchowne draśnięcie — orzekł Brucco, patrząc na jego ranę. — Piła prześlizgnęła się po kościach nie łamiąc ich. Miałeś dużo szczęścia.
— Masz na myśli to, że mnie nie zabił? Do czego dochodzi — piłoptak w messie!
— Na Pyrrusie zawsze bądź przygotowany na niespodzianki; nawet dzieci to wiedzą!
Jason zacisnął zęby, gdy Brucco rozsmarowywał antyseptyk.
Po chwili zapiszczał głośnik wideofonu i na ekranie ukazała się zatroskana twarz Mety.
