
— Jason, słyszałam, że jesteś ranny — powiedziała.
— Umierający — odrzekł.
— Nonsens — wtrącił Brocco z uśmiechem. — To powierzchowna rana, czternaście centymetrów długości, żadnych toksyn.
— To wszystko? — spytała Meta i ekran zgasł.
— Tak, wszystko — powiedział cierpko Jason. — Jeśli litr krwi i kilogram ciała znaczy tyle, co złamany paznokieć, to czym można tu zasłużyć na odrobinę współczucia? Stracić nogę?
— Gdybyś ją stracił w walce, to może by ci współczuli — poinformował go chłodno Brucco, nakładając samoprzylepny bandaż — ale jeśli uciąłby ci ją piłoptak w holu messy, to mógłbyś jedynie liczyć na pogardę.
— Wystarczy — powiedział ostro Jason,wciągając z powrotem kamizelkę. — Nie bierz tego tak dosłownie. Wiem, jakich względów można się po was spodziewać, mili Pyrrusanie. Nie sądzę, bym kiedykolwiek, chociaż przez pięć minut, tęsknił za tą planetą.
— Odlatujesz? — zapytał Brucco z nadzieją w głosie. — To z tego powodu zwołano zebranie?
— Postaraj się powstrzymać swą ciekawość jeszcze przez tysiąc pięćset godzin, zanim nadejdą inni. Nie zamierzam nikogo faworyzować. Oczywiście z wyjątkiem siebie. — Odwrócił się i wyszedł, starając wykonać możliwie najmniej zbędnych ruchów. Nie chciał tego okazać, ale rana naprawdę mu doskwierała.
„Czas na zmianę” — pomyślał, spoglądając przez wysokie okno na widniejącą w dole śmiercionośną dżunglę. Światłoczułe komórki najbliższego drzewa musiały uchwycić ruch, gdyż jakaś gałąź świstnęła niczym bicz i grad strzałocierni zagrzechotał o przezroczysty metal okna. Jason nawet nie drgnął. Zdążył się już do tego przyzwyczaić. Każdy dzień na Pyrrusie przypominał ruletkę: wygrana — życie, przegrana — śmierć. Ilu już ludzi zginęło od chwili, gdy tu przybył? Zaczynał tracić rachubę. Stawał się równie niewrażliwy, jak rdzenny Pyrrusanin.
Jeśli w ogóle miały nastąpić jakieś zmiany, on był jedynym, który mógł je wprowadzić.
