
Kiedy Jason myślał o jedynym pewnym końcu, jaki czekał to miasto, ogarniało go coraz większe przygnębienie. Żyło tu tak wielu wspaniałych, dzielnych ludzi! Wrastali coraz bardziej w tę wojnę, a występujące tu hiper wyspecjalizowane formy życia stawały się coraz lepiej do niej przygotowane. Jedni i drudzy przez pokolenia kształtowani tą samą mieszaninę nienawiści i strachu.
A oto czekała ich zmiana. Zastanawiał się, jak wielu z nich ją zaakceptuje. W biurze Kerka zjawił się z tysiąc pięćset dwudziesto godzinnym opóźnieniem, spowodowanym trudnościami w uzyskaniu połączenia. Twarze wszystkich zebranych wyrażały to samo uczucie — zimnego gniewu. Pyrrusanie nie grzeszyli cierpliwością. Jeszcze bardziej nie lubili tajemnic ani zagadek. Byli do siebie tak bardzo podobni, a jednocześnie tak bardzo różni.
Kerk, siwowłosy, flegmatyk, lepiej niż inni potrafił opanować wyraz twarzy — praktyka niewątpliwie wyniesiona z częstych kontaktów z obcymi. Jego przede wszystkim należało przekonać, bo jeżeli bezładnie zorganizowana. zmilitaryzowana społeczność Pyrrusan w ogóle posiadała jakiegoś przywódcę, to był nim on.
Brucco był szczupły, miał jastrzębią twarz, a jego rysy wyrażały ustawiczną podejrzliwość. Zresztą jak najbardziej uzasadniona— jako lekarz i ekolog był jedynym autorytetem w dziedzinie badania różnych form życia, które występowały na Pyrrusie. Musiał być podejrzliwy. Jedno przemawiało na jego korzyść: udokumentowane fakty mogły go przekonać.
