
Wreszcie Rhes, przywódca karczowników — ludzi, którym udało się przystosować do życia na tej straszliwej | planecie. Nie miał w sobie nienawiści, która przepełniała o innych. Jason liczył na jego pomoc. Meta, słodka i urocza, ale silniejsza od większości mężczyzn, której ramiona potrafiły namiętnie obejmować lub… łamać kości. „Czy twój chłodny, praktyczny umysł, ukryty w tym cudownym kobiecym ciele wie, co to miłość?
— myślał Jason, patrząc w jej twarz. — Czy to, co czujesz do mnie to tylko chęć posiadania? Odpowiedz mi kiedyś na to pytanie. Ale nie teraz. Wyglądasz na równie zniecierpliwioną, jak pozostali.”
Jason zamknął za sobą drzwi i uśmiechnął się z przymusem.
— Witam wszystkich obecnych — powiedział. — Mam nadzieję, iż nie macie mi za złe tego spóźnienia — ciągnął pośpiesznie, ignorując dochodzące zewsząd niechętne pomruki. — Zapewne ucieszy was wiadomość, że jestem załamany, zrujnowany i pogrążony.
Wyraz ich twarzy wskazywał, że z wielkim wysiłkiem rozważają jego słowa. „Nie więcej niż jedna myśl na raz”
— brzmiała dewiza Pyrrusa.
— Miałeś miliony w banku — odezwał się Kerk — i żadnych szans, by je przegrać.
— Jeśli gram, to wygrywam — oświadczył Jason z godnością. — Jestem spłukany, bo wydałem wszystko, do ostatniego kredytu. Kupiłem statek, który właśnie tutaj leci.
— Po co? — zapytała Meta, wypowiadając myśl, która nurtowała wszystkich.
— Ponieważ opuszczam tę planetę i was zabieram ze sobą. Was i innych.
Jason dobrze rozumiał ich mieszane uczucia. Na złe czy dobre — to był ich dom. Nieludzki i niebezpieczny, ale własny.
Aby wzbudzić w nich entuzjazm i zagłuszyć wątpliwości, musiał jakoś uatrakcyjnić pomysł. Do rozumu zaapeluje później — najpierw musi rozbudzić emocje. Dobrze znał ich słabość.
