
W okamgnieniu cała nieruchliwość odbiegła go bez śladu. Uśmiechnął się, aż wśród gęstej czarnej brody błysnęły zęby, białe i zdrowe jak u młodego wilczka. Wiedział, co uczynić. Co więcej, wiedział, jak odpłacić Mroczkowi za jego zdradę.
Ptak znów krzyknął, nagląco, chrapliwie. Twardokęsek schwycił buty i ściskając w ręku pyszne cholewy ze świńskiej skóry, ruszył pomiędzy uśpionymi kamratami w głąb jaskini, gdzie za stertami pogruchotanych kufrów ukryto niewielką, okutą żelazem skrzynkę ze zbójeckim skarbem. Sporo czasu przeszło, jak ostatni raz powieźli łup do miasteczka, gdzie znajomy lichwiarz skupował od nich co cenniejszą zdobycz, więc skrzynka była prawie pełna i dźwignął ją nie bez trudu. W kolanie coś mu chrupnęło, ale nie przejął się tym zbytnio. Obwiązał skrzynkę szmatami, przytroczył ją do kija i wymknął się ciszkiem.
Świt zastał go na ścieżce, dobrze poniżej Przełęczy Zdechłej Krowy. Zdążył rozłupać kuferek i cisnąć szczątki w rozpadlinę, a zawiniątko z klejnotami i złotem mile pobrzękiwało mu na plecach. Maszerował raźno przed siebie, pogwizdując pod nosem skoczną piosenkę. Zamierzał znaleźć jakąśsłoneczną, zaciszną kotlinkę na południowym stoku Gór Żmijowych, nieopodal miejsca, gdzie się niespełna cztery tuziny lat wcześniej urodził w wymarłej już kopiennickiej osadzie. Zatrzyma się w miejscu, gdzie nikt nie rozpozna w nim zbójcy Twardokęska. Może kupi sobie wioskę i stadko koni, które będą o poranku z rżeniem przybiegać pod okna jego domu i ocierać mu się miękkimi chrapami o ramię. Miał dość złota, aby to uczynić. Może nawet wżeni się w jakąś zacną kupiecką rodzinę i spłodzi stadko dzieciaków z jedną z tych niewiast, które niewolił przy trakcie, jakąś panną o włosach splecionych w warkocze i w szacie przewiązanej starannie pasem.
