Jednak dwóch kamratów okupiło zdobycz życiem i herszt wiedział, że przyjdzie mu odpowiedzieć przed kompanią za lekkomyślność. Jeszcze nie tej nocy, kiedy gorzałka i Skalmierskie wino buzują we łbach, ale już wkrótce będzie musiał walczyć z Uchaczem w kręgu wokół ogniska, póki jeden z nich nie wybroczy się krwią serdeczną. Tak właśnie rozstrzygano pomiędzy zbójcami spory o przywództwo.

Potrząsnął głową. Uchacza się nie lękał. Przyjrzał się jego sztychom i zwodom, obliczonym na zadziwienie prostaczków, i wiedział, że w trzy pacierze rozłupie go jak skorupę swym kopiennickim mieczyskiem. Ale Mroczek tak długo kładł kamratom w uszy, jak to się Twardokęsek postarzał i zgnuśniał, że odtąd zaczną śledzić każdy jego krok, aż wreszcie noga znów mu się powinie, straci kolejnego człeka lub łup po prostu okaże się zbyt nędzny. Wówczas uderzą. Całą gromadą, po zbójecku. Umorzą go we śnie, wbiją mu nóż w serce albo rohatynę w brzuch, żeby rozsmakował się we własnym skonaniu.

Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, byłby się nawet ucieszył na okazję do bitki. Wyczekałby dogodnej okazji, rozsiekał Uchacza, a Mroczka powiesił za żebro na rzeźnickim haku, jak zwykło się w jego stronach czynić ze zdrajcami. Potem poprowadziłby bandę na jakąś łatwą, ucieszną wyprawę, może na klasztorek, aby pofolgowali sobie z mniszkami, może na pomniejsze miasteczko, gdzie pohulają swobodnie z rajcami. Ale tej nocy ziąb przejmował go dreszczem, w krzyżu strzykało i pierwszy raz przeszła mu przez głowę myśl tak zdumiewająca, że wypowiedział ją głośno:

– Naprawdę jestem stary.

Słowa wybrzmiały, on zaś trwał wciąż w bezruchu, zmęczony ponad miarę. Spędził w Górach Żmijowych ze trzy tuziny lat. Zaczynał od czyszczenia kociołków w obozowisku, a na koniec doszedł do własnej kompanii i nagrody nałożonej na jego głowę we wszystkich Krainach Wewnętrznego Morza. Lecz teraz, w nocnym chłodzie, zrozumiał, że jego czas na Przełęczy Zdechłej Krowy dobiegł kresu, bo oto pragnie czegoś więcej niż kolejne kiesy zrabowanych dukatów i kupieckie niewiasty, niewolone na zgniecionej trawie pobojowiska. Potrzebował spokoju. Długich, niespiesznych chwil w zupełnie innym miejscu, gdzie południowe słońce wygoni z jego kości zdradliwe zimno, a obce wonie zaćmią w nozdrzach odór świeżej posoki.



9 из 602