Oczywiście było to jedynie puste gadanie, dobre, by zapełniać długie godziny, kiedy dym się snuje nisko u ogniska, a człek jest ociężały od upalnego słońca i wina. Ale grasanci coraz bardziej łasi byli na Uchaczowe mówienie, a Twardokęsek milczał, choć powinien się spiesznie rozprawić ze szlachciątkiem i wepchnąć mu głęboko w gardło jego przechwałki. Tymczasem zwlekał, sam nie wiedząc, dlaczego. Odesłał z Przełęczy najwierniejszych kompanów, żeby rozejrzeli się po okolicy, przetrząsnęli wioski i karczmy w poszukiwaniu jakiejś nowej, tłustej zdobyczy. Sam przyczaił się wysoko w górach, z Mroczkiem i Uchaczem u boku. Nie ufał im ani krzynę, bał się jednak odstąpić, aby pod jego nieobecność nie pobuntowali do reszty szajki. Zostawił sobie tylko Vii, aby strzegła jego snu w nocy i pleców w bitce.

A teraz, kiedy stał tak u wejścia do jaskini, będącej mu domem przez trzy tuziny lat, zrozumiał, że zwłóczył za długo. Dał się omamić jak głupi – nie Uchaczowi, bo ten nie miał głowy do podstępów, ale Mroczkowi, który ukartowal i nieudaną wyprawę, i to, co rychło po niej nastąpi. Należało przejrzeć sztuczkę już wczoraj, kiedy do obozowiska przydyrdał jednooki żebrak, niby to z posłaniem od Waligóry, że na szlaku u Modrej pojawił się konwój zasobniejszy od innych, a licho strzeżony. Twardokęsek ruszył jednak na dół, ochoczo jak pies za suką, licząc, że dobra potyczka ocuci nieco zbójców i przypomni im, kto od dawna wiódł ich po kolejne zwycięstwa i zdobycze.

Tym razem wszelako zamiast garści miejskich pachołków czekała na nich gromada zaprawionych w boju, zajadłych najemników. Przywarli wokół wozów i był taki moment, kiedy natarcie zbójców jęło się chwiać i wątleć, aż sam Twardokęsek, rozwścieczony do żywego, wpadł między furgony i ciął przez pierś przywódcę zbrojnych.



8 из 602