
Nie zważając na późną porę, Sam zdołał jeszcze wczoraj porozmawiać z Abigail i odniósł raczej dobre wrażenie. Teraz jednak zaczęły ogarniać go wątpliwości. Kobieta miała około czterdziestu lat, włosy nosiła upięte w węzeł na karku, a okulary w ciężkich oprawkach zdecydowanie nie pasowały do jej kościstej, wiecznie czymś strapionej twarzy.
– Ma pani jakieś ulubione gry? – zapytał.
Najwyraźniej pomyślała, że jest niespełna rozumu.
– Powiedział pan „gry", doktorze? Gry?!
Może przynajmniej zna się na prowadzeniu gospodarstwa, pocieszył się w duchu. Na razie i tak nie ma czasu na szukanie nowej gospodyni. Tymczasem dzieci nie zwracały najmniejszej uwagi na nową opiekunkę.
– Mówiłam Mickeyowi, że na farmie są zwierzęta. – Głos Beth nadal brzmiał wojowniczo.
Tymczasem brat nie przestawał wpatrywać się w miskę z groszkiem. Na Boga, ile grochu potrzeba na jeden obiad?
– Przecież są.
– Tak, krowy! – westchnęła lekceważąco. – A jak się czuje nasz konik?
– Słucham?
– Obiecałeś się dowiedzieć – rzekła tonem dorosłej kobiety. – Miałeś zadzwonić i zapytać, jak się czuje. I czy mama i tata po niego przyszli.
Musieliby mieć ze sto lat, pomyślał Sam.
– Na pewno nic mu nie jest. Znam tę panią weterynarz i mogę się założyć, że otoczyła go czułą opieką – oznajmił Sam z przekonaniem, tym bardziej że zdawał sobie sprawę, że dwieście dolarów to dla Cathy suma nie do pogardzenia.
Poczuł bolesne ukłucie w sercu. Chyba naprawdę jest zmęczony. Nigdy dotąd nie myślał o Cathy i jej cholernych zwierzakach w ten sposób.
– Obiecałeś, że zadzwonisz – powtórzyła Beth.
– No dobrze. Za chwilę.
– Teraz – rozkazała dziewczynka i zeskoczyła z krzesła. – Masz się dowiedzieć, jak się czuje nasz konik.
– To nie jest żaden nasz konik.
– Więc tylko zapytaj się, czy nic mu nie jest. – Beth pociągnęła go za rękę.
– Klinika weterynaryjna w Coabargo. Czym mogę służyć? – odezwał się głos w słuchawce, kiedy wykręcił numer przychodni.
