
Sam odetchnął z ulgą. Głos na szczęście nie należał do Cathy. Domyślił się, że ma do czynienia z rejestratorką albo sekretarką. Jak one wszystkie, mówiła z wyuczoną uprzejmością, głośno i wyraźnie. I w tym właśnie był problem, bo Beth stała tuż obok, z twarzą wtuloną w udo Sama, i uważnie przysłuchiwała się rozmowie.
– Dzwonię w sprawie konia. Wczoraj w nocy najechałem na niego na drodze. Zostawiłem go w waszej zagrodzie.
– Ach, to pan zostawił nam te dwieście dolarów. Jeśli poda mi pan swój adres, niezwłocznie odeślemy panu pieniądze. Dziękujemy za dobre chęci, ale skoro to nie pański koń, nie musi pan płacić. Policja już odszukała właściciela.
Bogu dzięki, pomyślał Sam. Właściciel na pewno już zabrał kobyłę do domu. Jego radość okazała się jednak przedwczesna.
– Koń należy do staruszka, który polecił odesłać zwierzę do ubojni. Jest teraz w domu opieki i nie może się nim zająć.
Sam spojrzał na Beth. Wpatrywała się w niego w skupieniu. Może nie słyszała? Może nie wie, co to ubój?
– Myślałem – podjął obojętnym tonem – że doktor Martin się nim zajmie.
– Doktor Martin nie prowadzi przytułku dla niechcianych stworzeń. A już na pewno niepotrzebny jej koń.
Sam nie wierzył własnym uszom. Czyżby Cathy odmówiła schronienia starej kobyle? Na samo wspomnienie smutnego końskiego pyska tulącego się z ufnością do jego ramienia poczuł dławienie w gardle. W dodatku Beth nie przestawała szarpać go niecierpliwie za nogawkę.
– Przecież załączyłem pieniądze.
– Jak już powiedziałam, proszę podać mi adres, to je niezwłocznie odeślę.
– Ale ten koń…
– Przecież zwierzę nie należy do pana. – Kobieta zaczynała się wyraźnie niecierpliwić. – Bardzo pana przepraszam, ale właśnie zamykamy. Jest niedziela i już dawno powinnam być w domu.
– Czy mógłbym porozmawiać z doktor Martin?
