
– Będzie dopiero we wtorek.
– To co zamierzacie uczynić z koniem?
– Wszystko zostało przygotowane. Ciężarówka z ubojni zabierze go stąd o siódmej rano. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak to pana interesuje. Pieniądze może pan w każdej chwili odebrać w rejestracji – oznajmiła i z trzaskiem odłożyła słuchawkę.
Sam z lękiem popatrzył na bratanicę. Nie wiedział, ile zdołała zrozumieć z podsłuchanej rozmowy.
– Ona powiedziała, że zabiorą naszego konia do ubojni – odezwała się Beth po namyśle.
Teraz już nie tylko dziewczynka, ale i Mickey, a także Abigail utkwili w nim natarczywe spojrzenia.
– Co to znaczy, stryjku?
Sam odetchnął i popatrzył błagalnie na gosposię. Może w rzeczywistości nie jest aż tak nieczuła, na jaką wygląda.
– Sądzę, że to takie sanatorium dla starych koni.
Właśnie wtedy, po raz pierwszy od dawna, odezwał się Mickey.
– Nie – powiedział głosem pozbawionym wyrazu. – Widziałem „Czarnego Księcia" i dobrze wiem, co to znaczy. To miejsce, gdzie zabija się konie. Nasz konik umrze, tak jak mamusia, tatuś i Blackie.
Zasiedli do kolacji. Trzy pary oczu śledziły każdy ruch Sama, gdy nakładał na talerz kurczaka, ziemniaki, marchewkę i groszek z wypełnionej po brzegi salaterki.
Poza nim nikt nie tknął ani kęsa.
– Miała mi pani pomagać – Sam skarcił Abigail, która przez cały posiłek nie odezwała się słowem. I pomyśleć, że miał ją za nieczułą, zgryźliwą osobę!
– Biedny konik. – Gdy gosposia otarła oczy koronkową chusteczką, Sam poczuł nieprzepartą ochotę, by wysypać cały ten wstrętny groszek na jej durną głowę.
– Niepotrzebna nam tu żadna kobyła – wybuchnął.
– Ale to ona nas potrzebuje – wyjaśniła cierpliwie Beth, jakby miała stryja za idiotę. – Mamy przecież farmę.
– Oczywiście.
– Ona jest stara, stryjku.
– Właśnie.
– Pojedziesz po nią?
Też pytanie! Oczywiście, że nie. Przecież można to załatwić w inny sposób.
