Całe szczęście, że kiedyś byłem tu stałym gościem, pomyślał, wyciągając z kieszeni pęk prawie czterdziestu kluczy, których przeznaczenia w dużej mierze już nie pamiętał. Tyle razy miał zrobić z nimi porządek, ale zawsze brakowało mu czasu. Gdzieś tu musi być klucz od zagrody, chyba że Cathy pozmieniała zamki.

Dwudziesty dziewiąty klucz był tym, którego szukał. Przekręcił go w zamku i szeroko otworzył bramę.

– W porządku, staruszko. Zabieram cię do domu – oznajmił, gładząc klacz po chrapach.

Niespodziewanie ciszę przeszył ryk syreny umieszczonej na płocie.


– Doktor Martin?

– Tak. – Jak na złość, gdy choć raz udało się jej zasnąć, musiał obudzić ją telefon.

– Tu sierżant Fraser z komisariatu miejskiego.

– Boże, co się stało?

– Nic takiego. Proszę się nie denerwować. Zatrzymaliśmy złodzieja, który usiłował się włamać do waszej kliniki.

Cathy odetchnęła z ulgą. To Steve zajmuje się zabezpieczeniem ośrodka przed kradzieżą. Zawsze myślała, że niepotrzebnie ma fioła na tym punkcie. Nawet założył alarm, który wielokrotnie już uruchomił się bez przyczyny. Widać dzisiaj wreszcie na coś się przydał.

– Proszę zadzwonić do Steve'a Helmera. To on jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo. Zaraz podam panu jego numer.

– Przepraszam, pani doktor, ale najpierw musimy porozmawiać z panią. – Policjant chyba szczerze żałował, że musiał ją obudzić. – Bo widzi pani, ten facet twierdzi, że jest pani mężem.

Rozdział 2

Czuł się naprawdę bardzo głupio. Zamiast spokojnie siedzieć w domu, dał się zamknąć w areszcie. Po cholerę Cathy założyła ten przeklęty alarm? Czyżby zamknięcie na klucz nie stanowiło wystarczającego zabezpieczenia? Kto chciałby ukraść jakąś starą chabetę albo przygarniętego z litości kangura?



17 из 112