
– Czemu tak uważasz? – spytałam.
Byłam świadoma, że moje dżinsy są przesiąknięte krwią, a bluza przypomina obraz Jacksona Pollocka.
– Aż strach pomyśleć, jak wygląda facet, któremu dałaś w kość – powiedział, oglądając mnie od stóp do głów. – A może odprawiasz jakieś rytuały?
– Niektórzy nazywają to weterynarią – odparłam. – Dobrze więc, o co chodzi? Dlaczego Hollander and Cowell przysyła cię o tak późnej porze?
Wskazał kciukiem centrum Bear Bluff, gdzie znajdowało się biuro agencji nieruchomości.
– Jestem twoim nowym lokatorem. Dziś po południu podpisałem wszystkie papiery. Ludzie z agencji mówili, że zostawiłaś wszystko w ich rękach.
Prawie zapomniałam o tym, że postanowiłam wynająć ten dom. Stał w lesie, mniej więcej czterysta metrów za kliniką i służył jako domek myśliwski do czasu, gdy wprowadziłam się tam z Davidem. Po jego śmierci zaczęłam sypiać w małym pokoiku w szpitalu. Wiele się wtedy zmieniło w moim życiu, i bynajmniej nie na lepsze.
– To jak? Mogę obejrzeć ten dom? – spytał człowiek z katalogu L.L.Bean.
– Za szpitalem jest ścieżka, która tam prowadzi. Idzie się cztery-pięć minut. Wiem, że to trochę uciążliwe, ale dom jest tego wart. Drzwi są otwarte.
– Mam go obejrzeć sam, bez przewodnika? – spytał.
– Chętnie bym ci pomogła, ale zanim pójdę spać, muszę jeszcze zarżnąć parę kurczaków i rzucić kilka zaklęć. Dam ci latarkę…
– Nie trzeba, mam swoją w samochodzie – powiedział.
Ruszył w stronę jeepa. Odprowadziłam go spojrzeniem. Miło się na niego patrzyło. Szedł pewnym, ale nie zawadiackim krokiem.
– Hej – krzyknęłam. – A jak masz na imię?
Obejrzał się i zawahał przez ułamek sekundy.
– Kit – powiedział wreszcie. – Kit Harrison.
ROZDZIAŁ 3
Nigdy nie zapomnę tego, co stało się potem. Było to dla mnie tak wielkim wstrząsem, że poczułam się, jakby ktoś kopnął mnie w żołądek, a może nawet w skroń.
