
To, co powiem teraz, zabrzmi dość dziwnie. Widziałam tego człowieka pierwszy raz w życiu. Ale nie wiadomo dlaczego skoncentrował się na nim mój limbiczny mózg, mały idiotyczny narząd, tak prymitywny, że nie uznaje logicznego myślenia. Miałam irracjonalne wrażenie, że skądś znam tego człowieka. A moje serce, przez ostatnie kilka miesięcy twarde jak kamień, zadrżało i przez chwilę biło mocniej. Szczerze mówiąc, trochę mnie to wkurzyło.
Doszłam do wniosku, że nieznajomy zgubił drogę.
– Zamykamy już dzisiaj – powiedziałam.
Patrzył na mnie, niewzruszony.
Potem zapytał.
– Doktor O’Neill?
– Coś jestem panu winna? – odparłam. To stary dowcip, ale bardzo mi się podobał. Poza tym, musiałam odreagować ból, jaki sprawiło mi uśpienie łani.
Nieznajomy uśmiechnął się, jego niebieskie oczy rozbłysły, a ja zdałam sobie sprawę, że nie mogę oderwać od nich wzroku.
– Czy pani Frances O’Neill?
– Tak. Proszę mi mówić Frannie.
Choć nieznajomy miał kamienną twarz, wydawało mi się, że jest w niej też trochę ciepła. Jego oczy wpijały się we mnie. Miał zgrabny nos i kształtny podbródek. Wyglądał aż za dobrze. Był nieco podobny do Toma Cruise’a, miał w sobie też coś z Harrisona Forda. A przynajmniej tak to wyglądało tego wieczoru w światłach jeepa.
Nieznajomy zdjął wygnieciony kapelusz i jego jasne włosy rozbłysły w blasku reflektorów. Podszedł bliżej i stanął przede mną w całej okazałości; wyglądał niczym model ze zdjęcia w katalogu wysyłkowym L.L.Bean, albo firmy Eddie Bauer’s. Miał śmiertelnie poważną minę.
– Przysłała mnie tu agencja Hollander and Cowell.
– Jesteś handlarzem nieruchomości? – wychrypiałam.
– Przyszedłem w nieodpowiedniej chwili? – spytał. – Przepraszam. – Dobrze, że chociaż był grzeczny.
