Nad dzieckiem Annie Hutton krążył specjalista od intensywnej terapii niemowląt, sprawdzając, czy z małym wszystko w porządku.

– Wszystko gra. Chłopak ma się dobrze, John – powiedział doktorowi Brownhillowi jeden ze specjalistów. – A propos, jego głowa ma czterdzieści jeden centymetrów obwodu. Łebski chłopak, nie ma co.

– I bardzo dobrze.

John Brownhill opuścił oddział dla wcześniaków i wszedł dwa piętra wyżej, gdzie Annie Hutton dochodziła do siebie po cesarskim cięciu.

Dwudziestoczteroletnia matka nie wyglądała tak dobrze, jak jej synek. Kręcone włosy, mokre od potu, wisiały posklejane niczym strąki. Oczy były przygasłe, zamglone. Wyglądała tak, jak każda matka po cesarskim cięciu.

Doktor Brownhill podszedł do jej łóżka. Pochylił się nad nią i przemówił łagodnym, uspokajającym tonem. Nawet wziął pacjentkę za rękę.

– Annie, tak mi przykro. Nie mogliśmy go uratować – wyszeptał. – Straciliśmy twojego chłopczyka.

ROZDZIAŁ 9

Dziecko Annie Hutton zostało przywiezione do „Szkoły” w kilka godzin po narodzinach w klinice w Boulder. Grupa ludzi odzianych w stroje przypominające kombinezony kosmonautów wybiegła na spotkanie ambulansu. Błyskawicznie wniesiono dziecko do środka. Panowała atmosfera niezwykłego podniecenia, ożywienia, niemal radości.

Naczelny lekarz ze „Szkoły” nadzorował badanie i wszystko bacznie obserwował, od czasu do czasu udzielając obszernych wyjaśnień.

Sprawdzono tętno, oddech, kolor skóry, napięcie mięśni oraz odruchy. Wszystko było wręcz idealne.

Następnie chłopiec został zmierzony i zważony. Przeprowadzono badania, by sprawdzić, czy nie ma szmerów w sercu, przekrwienia serca, krwotoku podspojówkowego, żółtaczki, wrodzonego zwichnięcia biodra, złamania obojczyka, plam na skórze, a wreszcie, czy dziecko nie jest bezpłciowe.



20 из 271