Prowadziłam dobrze prosperującą klinikę weterynaryjną. Codziennie wczesnym rankiem robiłam objazd okolicznych farm i rancz, gdzie zajmowałam się końmi oraz innymi dużymi zwierzętami. Poza tym, ludzie z całego okręgu znosili do „Zwierzyńca” swoich małych ulubieńców. Zostałam nawet wybrana „Weterynarzem lat dziewięćdziesiątych” przez „Denver Post”.

A teraz wszystko się zmieniło, moje życie zmierzało w niewłaściwym kierunku, a ja nie potrafiłam temu zapobiec. Przez cały czas rozmyślałam o zabójstwie Davida. Bez przerwy zawracałam głowę policjantom z Boulder, aż w końcu kazali mi trzymać się od nich z daleka. Ostatnio rzadko składałam wizyty domowe, choć ludzie z okolicy wciąż przynoszą do szpitala swoje zwierzęta.

Wyskoczyłam z łóżka. Narzuciłam na plecy stary niebieski szlafrok w kratę i założyłam kapcie, które dostałam na Gwiazdkę od dwójki przemiłych dzieciaków jako wyraz wdzięczności za uratowanie ich pieska, mocno zmaltretowanego przez kojota.

Kapcie wyglądały jak łby spanieli. Tępe oczka podniesione ku górze, wystawione różowe języki, klapiaste uszy.

Włączyłam magnetofon i z głośników popłynął charakterystyczny, chrapliwy śpiew Fiony Apple; osiemnastoletnia dziewczyna, pełna cynizmu, złości i twórczego szaleństwa. Lubię takie piosenkarki.

Otworzyłam drzwi mojego „apartamentu” i weszłam do laboratorium. Powitał mnie w nim plakat z maksymą, którą wybrałam na hasło tego miesiąca: „Polowanie na lisy to nieopisany w swoim okrucieństwie pościg za czymś, co jest niejadalne”. – Oscar Wilde.

Wszystko po kolei. Najpierw nasypałam do ekspresu kawy o smaku orzechowo-waniliowym. Kiedy zaczęła się sączyć do kubka, ruszyłam na obchód mojego szpitala.

Frannie O’Neill, oto twoje życie.

Oddział numer jeden to pokój cztery na cztery z umywalką, jednym oknem i dwoma rzędami czystych, schludnych klatek. W tej chwili przebywali tu trzej lokatorzy: dwa psy i dzieląca klatkę z jednym z nich kura.



22 из 271