Otarłam twarz z krwi, którą pochlapałam się w czasie operacji. Jelonek piszczał w maskę tlenową, a ja pozwoliłam tej małej sierotce wtulić się w matkę choćby na chwilę. A nuż jelenie mają dusze… niech matka pożegna się ze swoim dzieckiem.

Odłączyłam przewód, napełniłam strzykawkę i uśpiłam łanię. Nawet nie zorientowała się, kiedy życie z niej uleciało.

W lodówce stała puszka koziego mleka. Napełniłam nim butelkę i włożyłam ją na kilka sekund do kuchenki mikrofalowej.

Zdjęłam jelonkowi maskę tlenową i wsunęłam mu smoczek do pyszczka. Maleństwo zaczęło ssać. Jelonek był naprawdę piękny, miał śliczne brązowe ślepka. Boże, czasami naprawdę kocham to, co robię.

Duffy i jego córeczka siedzieli wtuleni w siebie na leżance w poczekalni.

Podałam Angie jelonka.

– Moje gratulacje – powiedziałam. – To dziewczynka.

Odprowadziłam całą trójkę do porysowanego i powyginanego auta. Dałam im puszkę koziego mleka, mój numer telefonu i pomachałam na pożegnanie. Pomyślałam sobie, jaka to ironia losu, że jelonek będzie jechał tym samym samochodem, który zabił jego matkę.

Marzyłam o gorącej kąpieli, lampce schłodzonego chardonnay, pieczonym kartoflu posmarowanym serem – drobnych przyjemnościach, jakie niesie ze sobą życie. W pewnym sensie byłam z siebie dumna. Już dawno nie czułam takiej satysfakcji, co najmniej od czasu, kiedy śmierć Davida całkowicie zmieniła wszystko wokół mnie.

Gdy ruszyłam z powrotem w stronę małego szpitala, uświadomiłam sobie, że na parkingu stoi samochód, błyszczący czarny jeep cherokee.

Drzwi otworzyły się i z samochodu wysiadł nieznajomy mężczyzna. Światło reflektorów padało na niego od tyłu, oblewając jasną poświatą.

Był wysoki, szczupły, ale umięśniony, i miał gęste jasne włosy. Szybko ogarnął spojrzeniem okolicę. Duży ganek ozdobiony karmnikami dla kolibrów i kilkoma rękawami wskazującymi kierunek wiatru. Mój sfatygowany górski rower. Dzikie kwiaty wokół budynku – łubin i stokrotki.



8 из 271