
Był całkowitym przeciwieństwem jej zarośniętych, niedożywionych i nieco szalonych, ale życzliwie nastawionych do świata kolegów artystów. Kostopoulos należał do innego świata. Biła od niego stanowczość i siła, czuło się, że bez obaw stawia czoło trudnościom, że nie istnieją dla niego problemy, których nie można rozwiązać. I że czerpie z tego przyjemność. Nie było śmiałków, którzy mogliby się z nim mierzyć. Jest rzeczywiście wyjątkowy. W cichości ducha nie mogła go nie podziwiać.
Miała stuprocentową pewność, że dla przedstawicielek jej własnej płci Kostopoulos był mężczyzną nie do odparcia. I skłamałaby, twierdząc, że nie zrobił na niej oszałamiającego wrażenia.
Instynktownie czuła, że oto ma przed sobą człowieka, który nie czeka, co przyniesie życie, ale sam kreuje swój los. Kogoś takiego jak on jeszcze nigdy dotąd nie spotkała. I choć niełatwo było się jej do tego przyznać, w jakiś niepokojący sposób ją fascynował. I ten telefon. To musiała być dla niego sprawa życia i śmierci, inaczej chyba by się nie posuwał do takich zachowań. Intuicja mówiła jej, że to nie ma związku z interesami.
Stała wyprostowana, by uniknąć jakiegokolwiek kontaktu z jego ciałem. W ograniczonej przestrzeni windy jej myśli były wydane na łup jego przenikliwości. Już się przekonała, że potrafił je odgadywać. Zresztą pewnie była to niezbędna umiejętność dla kogoś, kto kierował taką olbrzymią korporacją wyczuwał w innych ich słabe strony i wykorzystywał tę wiedzę dla swoich korzyści.
Przy wyjściu z windy już czekał podstawiony czarny mercedes. Uśmiechnięty mężczyzna z wąsikiem otworzył drzwi przed Sam, w tym samym czasie pan Kostopoulos zajął miejsce za kierownicą.
Obaj mężczyźni rozmawiali ze sobą w nie znanym jej języku. Domyślała się, że mówią po grecku. Wprawdzie kiedyś uczyła się hiszpańskiego i francuskiego, ale greka była dla niej zupełnie niezrozumiałym językiem. Nawet brzmienie było całkowicie obce.
