
– Muszę zabrać moją pracą.
– Chyba żartujesz! Cała galeria jest zastawiona obrazami, jest ich ponad setka. Zresztą już ją zamknęłam i właśnie wychodzę. Dziś mieliśmy sądny dzień.
– Jakbyś zgadła – szepnęła Sam. – Lois, to wyjątkowa sytuacja. Nie mogę ci teraz tego wytłumaczyć, nie ma na to czasu. Ale nie wyjdę stad, póki jej nie dostanę.
– Sam, dobrze wiesz, że doktor Giddings nie pozwala na wykańczanie prac po terminie.
– Nie o to chodzi! Przecież sama ci ją oddałam, na czas! Po prostu koniecznie muszę coś z nią zrobić. Przyrzekam, że zwrócą ją w poniedziałek z samego rana. Profesor nawet się o tym nie dowie. Wyświadcz mi tą przysługę, proszę. Dostaniesz za to ten obrus, który zrobiłam w zeszłym semestrze.
– Mówiłaś, że nigdy się z nim nie rozstaniesz – zdziwiła się.
– Ja… po prostu zmieniłam zdanie. – Ukradkiem zerknęła na Kostopulosa.
Lois podążyła wzrokiem za jej spojrzeniem. Zniżyła głos.
– Ładne rzeczy. Ukrywałaś to przede mną Jest niesamowity. Fantastyczny, wręcz zbija z nóg. Jak go znalazłaś na tej przeludnionej planecie?
– Dzięki nocnej pracy… Lois, błagam cię, pomóż.
– Naprawdę aż tak ci na tym zależy?
– Tak. To sprawa życia i śmierci – odparła zgodnie z prawdą bo zaczynała mieć przeczucie, że jej życie nie będzie warte nawet tych papierowych skrawków, które wkleiła do kolażu, jeśli nie zdoła oddać mu tej jednej żółtej karteczki.
Sekretarka westchnęła z rozbawieniem i wyjęła z szuflady klucze.
– Proszą. Idź i poszukaj.
– Dzięki! – Sam przechyliła się przez barierkę i uścisnęła ją serdecznie. – Pójdziemy razem – powiedziała, wskazując na Kostopoulosa. – To nie powinno długo potrwać.
Z kluczami w ręku ruszyła w stronę galerii.
